STEWARD ISLAND (16-18/02/09)

Autor: lefcia, data Marzec 8th, 2009

Na wyspe dostajemy sie nowoczesnym katamaranem, ktory mknie przez Ciesnine Foveaux, przyprawiajac mnie o mdlosci. 40 minut spedzam wiec grzecznie na siedzeniu, marzac o dotrwaniu do konca tej podrozy bez wizyty w ubikacji.
Ladujemy w Oban (kolejny szkocki slad w NZ), tutejszym jedynym porcie i punkcie, gdzie koncentruje sie zycie mieszkancow i turystow. Mamy z gory upatrzone miejsce na kemping, ale poniewaz pogoda znow nas nie rozpieszcza (zzimmnnnoo), decydujemy sie “zaszalec” i wybieramy nocleg w schronisku. Wieczor konczymy w pubie z tubylcami. Wtorek przeznaczamy na objazd 21 km drog na wyspie, ale pogoda znowu staje nam na przeszkodzie (tym razem zimno i deszcz) wiec decydujemy sie na spacer. Trzeba przyznac Nowozelandczykom, ze turystyka jest u nich na wysokim poziomie. Szlaki sa przyzwoicie oznaczone, przygotowane i opisane. Spacer po buszu i plazy sprawia nam duza przyjemnosc, tym bardziej, ze pogoda sie zmienia i nie pada juz caly czas a tylko od czasu do czasu :) Udaje nam sie zobaczyc kilka rodzimych gatunkow ptakow, wlaczajac rybitwy/mewy? jedzace ryby. Wieczorem znowu ladujemy w pubie, gdzie mamy juz calkiem spora liczbe znajomych.
Na szczescie ostatni dzien na wyspie jest pogodny, wrecz goracy, wiec kilka godzin przeznaczamy na przejazdzke rowerowa. Bob decyduje sie nawet zdjac kask z glowy – “na wyspie nie ma przeciez policji” – po czym kilkaset metrow dalej zostaje zatrzymany przez policjanta i grzecznie poproszony o stosowanie sie do przepisow :) Wyspa jest piekna, pomimo calkiem sporej liczby turystow udaje nam sie “odnalezc” wrazenie dzikiego, niezamieszkanego skrawka ziemi. Prawdziwi “smakosze” moga wybrac sie w 12 dniowa(!) wedrowke polnocnym skrawkiem wyspy, gdzie nie spotkaja na swojej drodze zbyt wielu ludzi.


W drodze powrotnej juz nie musze siedziec grzecznie na siedzeniu bo ciesnina jest tym razem grzeczna.

OAMARU – DUNEDIN (7-9/02/09)

Autor: Bobuszka, data Marzec 6th, 2009

Oamaru has rather nice preserved historic docks section of town. Saturday night was spend in Penguins Entertainers Club featuring three bands – all of them heavy metal!!! Fortunately we managed to escape a heavy session when John and Kelly, a couple of locals, took us on a night time walk to see some real live penguins. Thanks guys!

After Oamaru we discovered another pleasant back road away from the traffic with more fords to paddle through although my attempt to cycle across ended in failure. See Ola’s photos for short movie.

Our attempts to avoid busy roads have not always been successful. After Hampden (Scottish football fans will appreciate this place named after our national football stadium), we cycled through Trotters Gorge and Horse Range Summit at 240 metres. It may not seem very high but was one of those steep climbs where the legs did not fully appreciate the steepness until the next day!

As a consequence of the Trotters Gorge detour and the prospect of cycling over Mt Cargill we did not make Dunedin in time for motel with the Sky Rugby Channel so I could watch Scotland v Wales match at 3am. Probably just as well given the score. We did cycle Mt Cargill the following day in very wet, cold, windy, misty conditions with visibility around 100 metres. Temperature on arrival in Dunedin was 14C degrees!

PETE’S PLACE & MT COOK (3-7/02/09)

Autor: Bobuszka, data Marzec 6th, 2009

After Christchurch it was on to Timaru to meet with former BT colleague – Pete Smith – Womble (Wimbledon) supporter. Peter has a rather nice place set in very beautiful countryside about 30 km from Timaru. Our intended chill-out turned out to be one planned rest day plus one inforced rest day while we attempted to arrange to hire a car for a couple of days to see Mt Cook. Alternative was estimated 5 days cycling including 55 km up and back down a dead-end road which most touring cyclists dislike – including us!

Mt Cook – fantastic everything – the drive there and back – the scenery – the Edmund Hillary Visitor Centre – walk to view glacier – views of Mt Cook – but unfortunately the weather too bad to view Mt Cook from the air and land on the glacier.

Following our trip to Mt Cook it was another night at Pete’s place (thanks again Pedro/Piotr!) then drive to Timaru to return the car and start cycling again towards Oamaru. We were fortunate enough to get off the main highway and find a rather interesting traffic free gravel road with fords to paddle across.

Zdjecia/ Photos

Autor: lefcia, data Luty 28th, 2009

Udalo nam sie wrzucic nieco zdjec do albumow Picasa – zapraszamy do zakladki “Zdjecia”!.

We’ve added some photographs into our respective Picasa web albums – please see page “Photos”!

THE CATLINS-BLUFF (13-16/02/09)

Autor: lefcia, data Luty 26th, 2009

W zasadzie w Baclutha wjechalismy w bardzo malowniczy region Wyspy Poludniowej – The Catlins. Praktycznie niezaludniony (nie liczac turystow przemierzajacych drogi w kamperwanach), teren bogaty w kolonie morskich ssakow, malownicze plaze, jaskinie, wodospady i klify, robi na nas duze wrazenie. Poruszanie sie po tym terenie nie jest latwe, gorzyste drogi sa w wiekszosci szutrowe.

W Kaka Point zostawiamy bagaze na kempingu i ruszamy do Nugget Point – przyladka nazwanego tak ze wzgledu na charakterystycznie wystajace z morza skaly (w jez. angielskim – nuggets).

W Nugget Point jest latarnia morska, widoczna rowniez z Kaka Point golym okiem oraz kolonie fok, pingwinow, sloni i lwow morskich.

Z tego towarzystwa udaje nam sie wypatrzyc jedynie jedna leniwa foke lezaca na kamieniu.

Ze wzgledu na pogode (znowu leje, robi sie nudno), szybko opuszczamy niegoscinne miejsce. Odbieramy bagaze i ruszamy na poludnie. Pozno wieczorem docieramy do miejsca, gdzie mozna zobaczyc wydrazone przez ocean jaskinie, ze wzgledu na swoje rozmiary nazwane Cathedral Coves. Jaskinie mozna zobaczyc jedynie przy niskim stanie morza. Nocujemy na kempingu “The Whistling Frog” (Gwizdzaca Zaba) oddalonym o zabi skok od wejscia na plaze w poblizu jaskin.

Rano powtarzamy numer z bagazami i ruszamy w kierunku wejscia na plaze.

Akurat w tym dniu najnizszy stan morza jest okolo poludnia, co umozliwia nam zobaczenie jaskin.

Zwiedzanie zajmuje nam troche czasu wiec do “The Whistling Frog” trafiamy akurat na lunch. Jemy i w droge! Wychodzi wreszcie slonce i robi sie naprawde przyjemnie. Po drodze spotykamy pare z Francji, podrozujaca dookola swiata na “odwroconych” rowerach. Wymieniamy pare cennych informacji, zwlaszcza dotyczacych trasy, ktore pozniej wykorzystamy. Zyczymy sobie udanej wyprawy i ruszamy w swoja strone. Wieczorem docieramy do Curio Bay, gdzie chcemy wreszcie zobaczyc slynne zoltookie pingwiny, gatunek zyjacy jedynie w NZ. Kemping jest cudnie polozony, na skalach pomiedzy dwoma zatokami: Curio Bay i Porpoise Bay. Mielismy nadzieje oprocz pingwinow zobaczyc tez delfiny. Niestety, delfiny akurat dzis nie przyplynely, a najlepsze miejsce do obserwacji pingwinow znalezlismy dopiero o zmroku. Jedyne co udalo sie zobaczyc to ich sylwetki, poruszajace sie po plazy. W akcie desperacji wypijamy jedno piwo, ktore zawieruszylo sie Bobowi w sakwie, i idziemy spac. Kolejny dzien to zmierzanie zwirowymi drogami do Slope Point – najdalej wysunietego na poludnie punktu Wyspy Poludniowej. Droga jest parszywa, bardzo gorzysta, a obciazone rowery grzezna w swiezo nawiezionej grubej warstwie szutru. Po kilkunastu kilometrach udaje mi sie spasc z roweru, wiec postanawiamy zostawic bagaze w krzakach, bo i tak musimy wracac ta sama droga, i dalej jedziemy na “pusto”. Po kilku kilometrach i wielu brzydkich slowach docieramy w koncu do Slope Point.

W drodze powrotnej Bob wykorzystuje swoj urok osobisty :) i zalatwia


nam transport do walijskiej knajpki, ktora minelismy po drodze. Przemila farmerka zabiera nas swoim samochodem razem z rowerami, choc poczatkowo prosilismy tylko o podwiezienie bagazy. Wysiadamy przed kawiarnia (prowadzona przez emigrantow z Walii) i zegnamy sie. Akurat konczymy kawe i ciacho, gdy kobieta zaglada znowu i pyta, czy jestesmy zainteresowani podwiezieniem do poczatku asfaltowej drogi. No pewnie ze tak!! Mamy dosc szutru jak na dzisiaj! Zaoszczedzamy dzieki temu przynajmniej 6 kilometrow ciezkiej pracy i hektolitrow potu, o brzydkich slowach nie wspominajac :)

Potem czeka nas juz tylko kilkadziesiat kilometrow pod wiatr az do Bluff (w tym niespodziewany korek na drodze,

skad chcemy przeprawic sie na Steward Island – najdalej polozony na poludnie punkt NZ, ktory chcemy odwiedzic.

DUNEDIN-KAKA POINT (THE CATLINS) (11-12/02/09)

Autor: lefcia, data Luty 24th, 2009

Dunedin opuszczamy w pocie czola, wspinajac sie mozolnie pod gore. Na szczescie towarzyszy nam slonce. Droga wkrotce prowadzi nas wzdluz wybrzeza i mamy okazje podziwiac dosc burzliwy ocean. 


W Taieri Mouth stajemy przed wyzwaniem: kontynuowac bocznymi drogami (zwir) czy asfaltem wracac na glowna droge. Przychylamy sie do opcji nr 1 ale na ziemie sprowadza nas napotkany drogowiec. Odradza nam, nie tylko ze wzgledu na spore roznice wysokosci, ale tez na swiezo wyremontowana – nowa zuzlowa nawierzchnia! – droge. Dwa dni pozniej przejezdzajac przez Catlins przekonujemy sie o slusznosci jego opinii. Tymczasem zawierzamy autochtonowi i grzecznie kierujemy sie ku glownej drodze. Tu tez mamy szczescie – wg informacji od drogowca, swiezo wyasfaltowana droga,oddana tydzien temu do uzytku – jest bardzo stroma. W dodatku okazuje sie ze “jedna” gora przeradza sie w kilka kolejno po sobie nastepujacych, kazda bardziej stroma od poprzedniczki. Na szczescie asfalt ulatwia wspinaczke i pokonujemy te kilkanascie kilometrow w miare bezkrwawo. Tym razem mamy szczescie rowniez w Milton. Trafiamy do “Kominka” – miejscowej kawiarenki – gdzie pijemy sobie piwko po godzinie zamkniecia lokalu. Przesympatyczny barman czekal spokojnie, az zaspokoimy pragnienie, a potem gaworzyl z nami kolejna godzine. Niestety, temperatura na zewnatrz spadla do 12 st C. Rano szczescie nas opuszcza, budzimy sie w ulewnym deszczu. Proby przeczekania nic nie daja, ruszamy w droge. Docieramy tylko do “Kominka”, wystarczy, zeby nas przemoczyc prawie do suchej nitki. Wg wielkiego termometru w Milton, jest jeszcze zimniej niz w nocy – 11 st.
Siedzimy wiec przy “Kominku” do wczesnego popoludnia az w koncu przestaje. Ruszamy. Na szczescie droga jest plaska, wiec szybko nadrabiamy kilometry. W Baclutha spotykamy Polakow (coraz wiecej ich tu!). Przesympatyczna para z Polski, spedza tu wakacje tez majac nadzieje na lepsza pogode. Chwilke rozmawiamy, a potem kazde z nas rusza w swoja droge. W Baclutha wzbogacam sie o nowa kurtke przeciwdeszczowa – na skutek parszywej pogody stara Endura sie poddala. Kontynuujemy w deszczu az do Kaka Point, gdzie zamiast namiotu wybieramy kabine. Mmmm… wreszcie cieplo i sucho.

TIMARU – DUNEDIN (7-10/02/09)

Autor: lefcia, data Luty 17th, 2009

Porzucamy samochód w Timaru i znów wsiadamy na rowery. Poczatki sa trudne, bo mielismy prawie tydzieñ przerwy, na szczescie droga jest plaska jak stól i jedzie sie gladko. Niestety, ruch znowu daje sie we znaki, co na dluzsza mete jest meczace i stresujace. Zatrzymujemy sie na jedzenie i udaje nam sie odnalezc boczne drogi, w miare równolegle do glównej trasy. Od czasu do czasu trafia nam sie zuzlowa nawierzchnia, która znamy z Great Barrier Island, ale calkiem przyzwoita. Czeka nas tu tez przeprawa przez rzeke :)

W Oamaru trafiamy do Penguins Entertainers Club na koncert kapel heavy metalowych. Poznajemy tez Johna i Kelly, którzy prowadza nas w ustronne miejsce znane tubylcom, gdzie mozna zobaczyc zóltookie pingwiny, gatunek wystepujacy tylko w NZ. Mamy szczescie, udaje nam sie wypatrzyc trzy pingwiny, które o zmroku wracaja do gniazd, po calodziennym szukaniu pokarmu w morzu.

Tak nam sie spodobala jazda bocznymi drogami, ze postanawiamy sie ich trzymac. Blad. Trafiamy na droge przez Trotters Gorge do Palmerston. Droga owszem, bez samochodów, widoki przepiekne, ale jest tak stromo, ze ledwie jestesmy w stanie pedalowac. Zeby bylo “latwiej”, towarzyszy nam silny wiatr prosto w twarz.  Kiedy wreszcie docieramy na szczyt (240 m, 3 km podjazdu) jestesmy wykonczeni. Pogoda robi sie bardzo dziwna – wieje goracy wiatr, tak goracy, ze trudno wytrzymac. Slonce ma dziwny, czerwony kolor. Pózniej dowiadujemy sie, ze przyczyna sa pozary w Australii. Na kempingu wiatr nie pozwala mi zasnac i wieksza czesc nocy mecze sie, przewracajac z boku na bok.
Rano, zmeczeni jeszcze bardziej od niewyspania, ruszamy w droge. Czeka nas stosunkowo krótki, ale bardzo górzysty odcinek do Dunedin. Jedziemy poczatkowo wzdluz wybrzeza, gdzie trafiamy na droge czesciowo porwana przez morze.

Potem zaczyna sie podjazd, na poczatku lagodny, potem stromy na szczyt Mt Cargill. Pogoda psuje sie zupelnie, zaczyna padac. Na poczatku mzawka, potem przeradza sie w dosc mocny deszcz. Zanim osiagamy czubek góry, spada temperatura i robi sie naprawde zimno. Zjazd do Dunedin nie jest przyjemny – droga jest mokra, pada, a z zimna dretwieja rece. W koñcu ladujemy w Dunedin, tuz przy wylocie najstromszej ulicy na swiecie – Baldwin Street (nachylenie 1:2,86) [Ph 7068]

W Dunedin czeka nas niemila niespodzianka – brak miejsc w kilku schroniskach. Jestesmy przemoczeni wiec kemping odpada. Decydujemy sie na motel, co pozera dosc spory zapas posiadanej kasy. Musimy jednak sie wysuszyc i ogrzac. Motel ma internet w cenie, co jest dla nas dodatkowa zacheta. W Dunedin zostajemy jeden dzieñ, miasto ma szkockie korzenie i Bob chce je obejrzec z bliska :)
Zalozone przez szkockich emigrantów, nazwane zostalo celtycka nazwa Edynburga, stolicy Szkocji. Podobnie jak Edynburg, Dunedin zbudowane jest na wielu wzgórzach, czyniac miasto trudnym do zwiedzania na rowerach. Centrum miasta tworzy Oktagon, charakterystyczny pierscieñ, wewnatrz którego toczy sie zycie. Do godziny 22 oczywiscie. W Dunedin zwiedzamy muzeum osadników, dawny dworzec kolejowy, oraz okoliczne puby.

CHRISTCHURCH-TIMARU-MT COOK-TIMARU (2 – 6/02/09)

Autor: lefcia, data Luty 17th, 2009

Droga do Timaru jest nudna – plaska, siegajaca po horyzont, i niestety, ruchliwa. Pokonujemy ja najszybciej jak sie da. W Timaru odwiedzamy miejscowy szpital – pracuje tam Peter, kumpel Boba z dawnych czasów, który zamienil Wyspy Brytyjskie na Wyspe Poludniowa. Peter zabiera nas pick-up’em do swojej samotni, domku posrodku pól, okolo 30 kilometrów od Timaru.

Spedzamy tu dwa leniwe dni, robimy pranie, zwiedzamy okolice, uczymy sie cierpliwosci korzystajac z internetu przez modem! i obmyslajac plany jak najlepiej dotrzec do Mount Cook – najwyzszej góry w NZ (3.754 m n.p.m.).

Decydujemy sie wynajac samochód i zobaczyc wiekszy kawalek Wyspy, do którego rowerem sie nie wybieralismy. Procedura wynajmu samochodu to kolejna niespodzianka. Dostajemy samochód na dwa dni za 100 tutejszych dolarów w gotówce, bez limitu kilometrów, z pelnym bakiem i zadnych innych zabezpieczeñ, typu nr karty kredytowej, adres zamieszkania, dokument tozsamosci, itd! Jedyne co sprawdzili to wazne prawo jazdy.

Z uwagi na fakt, ze trafia nam sie sedan, zostawiamy rowery w wypozyczalni i w droge! Trasa zatacza kólko, z Timaru na poludnie, do Waimate, Twizel, Mt Cook, Lake Tekapo i powrot do Timaru.
Niestety, pogoda sie psuje, jest bardzo zimno (ok. 12-15 st. C), wiec musimy odlozyc planowana wycieczke – lot helikopterem dookola Mt Cook, na pózniej (jest to mozliwe równiez z zachodniego wybrzeza). Góra od czasu do czasu odslania swoje zasniezone oblicze, wiec mozemy ja choc z daleka podziwiac

Poza tym udaje nam sie zobaczyc szereg elektrowni wodnych i zapór, utworzonych na rwacych, górskich strumieniach, które zapewniaja spora ilosc energii zuzywanej przez Kiwi.

CHRISTCHURCH (31/01-1/02/09)

Autor: lefcia, data Luty 17th, 2009

Christchurch jest najwiekszym miastem na Wyspie Poludniowej (ok. 350 tys. mieszkanców). W dodatku polozonym na równinie, co czyni go latwym do zwiedzania na rowerze. Centrum miasta stanowi “rynek” – spory plac, na którym stoi pokaznych rozmiarów katedra.

Miasto ma tez dosc sporo (jak na standardy NZ) zabytkowych, dziewietnastowiecznych budynków i kosciolów. Christchurch jest znane jako “Garden City” – Miasto Ogrodów, gdzie mozna stracic poczucie czasu przechadzajac sie posród rozmaitej masci roslin.

Nadrabiamy tez zalegloœci w blogu, emailach i pocztówkach, robimy wielkie pranie i leniuchujemy. Na kempingu kradna nam z lodówki resztki jedzenia, wiec troche czasu spedzamy w sklepie :)

KAIKOURA – CHRISTCHURCH (29-31/01/09)

Autor: lefcia, data Luty 17th, 2009

Po emocjach zwiazanych z obserwowaniem fok i swietowaniemm przekroczenia 42 równoleznika napojem, którego nazwe jestem zmuszona tu pominac :) ruszamy w dalsza droge na poludnie. Poczatki ida dobrze, jest w miare plasko, ale wkrótce Wyspa Poludniowa wraca do swojego górzystego charakteru.

Pomiedzy Cheviot a Waipara trafia nam sie gratka – Greta Valley – stromy i dlugi podjazd, rowerzysta z Niemiec (wymieniamy cenne uwagi) oraz Greta Valley Cafe. Miejsce, gdzie trzeba sie zatrzymac. Kupujemy tam wódke miejscowego wyrobu o mocy 13,5% (!)

Potem jest z górki przez jakis czas, ale niestety, znów daje nam sie we znaki duzy ruch. Myslelismy, ze koszmar Wyspy Pólnocnej, kiedy to samochody, a zwlaszcza ciezarówki z drewnem niemal spychaly nas z drogi, juz sie skonczyl.

Tak naprawde w Nowej Zelandii narzekamy na: góry, wiatr w twarz, ale przede wszystkim – kierowców i ruch samochodowy! Niektórzy z nich wykazuja sie pewna doza inteligencji i mijajac nas, zachowuja stosowna odleglosc. Pozostala wiekszosc stara sie za wszelka cene nie przekraczac srodkowej linii rozdzielajacej pasy ruchu. A z reguly trzymaja sie ciaglej linii wyznaczajacej pobocze. Nawet jesli droga jest prosta po horyzont i pusta! Czasem sie o nas ocieraja, na szczescie pobocza przewaznie sa szerokie wiec mamy gdzie uciec.

Zauwazylam tez pewna prawidlowosc – trzymajac sie pobocza, jestem bardziej narazona na niebezpieczne mijanie niz jadac droga. Widac czuja respekt przed rowerzysta na drodze :) a nie zauwazaja go na poboczu.

Po drodze do Christchurch spotykamy rowerzyste z Chicago, który urodzil sie w Polsce i mówi dosc dobrze. Mam wiec okazje ponawijac w macierzystym jezyku! Jakis czas jedziemy razem, ale gosc wybiera wjazd do miasta “autostrada” – my odpuszczamy, wolimy zwykle drogi, mamy wystarczajaco duzy zastrzyk adrenaliny samochodowej. Poza tym to kolejny przedstawiciel wyscigowca.