COROMANDEL PENINSULA (7-12/01/09)

Autor: Bobuszka, data Luty 1st, 2009

A week after leaving UK it was time to get on with the reason we are here – tourning NZ by bike. First stop was getting from GBI to the mainland which we achieved by crossing the Colville Channel in a small speed boat from Port Fitzroy with the bikes lashed to the back of the boat.

Another beach landing – this time at Port Jackson at the tip of the Coromandel Peninsula.

First bit of real cycling was a rather steep hill out of the place-a foretaste of what’s to come.

Out of the town Coromandel we climed 400 meters in 3 kilometers. A rather tough introduction to cycling NZ hills givin our lack of fitness, the heat and carrying too much baggage.

Next day I chaged my rear casette for one with 34 teeth – still struggling but at least I can now keep up with Ola going up the hills! Culture on this stage included a visit to Cooks Beach.

After another rather hard day of cycling it was nice to finally reach a quiet campsite at Katikati and go for a night swim in the pool heated by hot springs.

Photographs

Autor: lefcia, data Luty 1st, 2009

Some temporary problems.

Bob’s photograps can be seen at http://picasaweb.google.com/BobuszkaNZ/

ROTORUA-OPOTIKI-GISBORNE (16-18/01/09)

Autor: lefcia, data Luty 1st, 2009

Po opuszczeniu Hells Gate raźnym tempem ruszamy naprzód. Na szczęście dla nas droga jest dość płaska i jesteśmy w stanie dojechać prawie na wybrzeże. Na kempingu robimy przegląd techniczny rowerów, należy im się odrdzewianie i smarowanie.

Nadrabiamy też zaległości w notatkach, blogu i winie.

17 stycznia docieramy wreszcie na wybrzeże. Do Opotiki prowadzi droga wzdłuż wybrzeża, dzięki czemu możemy podziwiać widoki i zarazem zmagać się z dość silnym wmordewindem :)

Z Opotiki kierujemy się znów w głąb lądu. Przed nami około 70 kilometrów podjazdu, aż do przełęczy na wysokości 725 m npm. Pomimo naszych obaw pierwsze 40 km idzie całkiem dobrze, droga jest górzysta, ale nie stroma.

Około 20 km za Opotiki wjeżdżamy na teren rezerwatu – Waineka Gorge

Ostatnie 20 km jest już ciężkie, dość stromy podjazd i w dodatku kończy nam się woda. W tym piekielnym upale pijemy dużo więcej niż zwykle, a woda w miejscu w ktorym chcieliśmy dotankować okazała się niezdatna do picia. Na szczęście zatrzymujemy po drodze maoryską kobietę, która daje nam 1,5 l butelkę napoju Lift. Podjazd robi się coraz bardziej stromy, czasami jest tak bardzo gorąco, że jedziemy bez tych beznadziejnych hełmów na głowie – po prostu nie da się wytrzymać

W koncu, po 70 km osiągamy szczyt

Stąd już tylko kilka kilometrów do wioski pośrodku niczego – Matawai.

Za to z hotelem, barem i katolickim kościółkiem


jakby żywcem przeniesione z filmów o Dzikim Zachodzie :) Jest też przyzwoite pole kempingowe, na którym jesteśmy sami.

Poranek wita nas deszczem. Niezbyt mocnym, więc decydujemy się jechać, tym bardziej, że większa część drogi powinna być z górki! Niestety, w miarę ubywania kilometrów, przybywa deszczu i wkrótce jesteśmy mokrzy. Na szczęście wkrótce pogoda znów się zmienia i do Gisborne, miasteczka na południowo-zachodnim wybrzeżu, docieramy już względnie wysuszeni. Po drodze na kemping napotykamy kolejne miejsce poświęcone kapitanowi Cookowi – tym razem pomnik w miejscu, gdzie jego załoga po raz pierwszy stanęła na lądzie NZ i w wyniku nieporozumienia zabiła kilku Maorysów.

Gisborne to również miasto,które jako pierwsze na ziemi wita dzień

Mimo, że jest całkiem spore jak na nowozelandzkie standardy, jest tez tak samo martwe wieczorem jak i inne miasteczka. Od godziny 17 życie zamiera. Zupełnie jak w domu :)

GREAT BARRIER ISLAND (4/1/09-7/1/09)

Autor: Bobuszka, data Styczeń 22nd, 2009

Beautiful island, wonderful scenery and views, sparse population, gravel roads and lots of hills – rather good for our training purposes. Brian and Alison have a house on the island set in 93 acres with their own three mountain tops (NZ seems like Wales – anything over 1,000 feet is a mountain).

 They also maintain ye olde British colonial custom of “Sundowners”; up to the top of one of these mountains to enjoy a drink while watching the sunset. What a life! And if had been better organised we could have further enhanced our Sundowner experience by drinking a glass of wine from the Walkers own vineyard.

AUCKLAND (Sat, 3/1/09)

Autor: Bobuszka, data Styczeń 22nd, 2009

We’ve made it! After 5 months of discussion and planning Ola and I have finally arrived in New Zealand. After leaving UK on New Year’s Day with temperatures zero or worse we arrived Auckland mid Saturday morning in temperatures around 22C. We were met at the airport by Ken and Lynette (rellies of Brian and Alison) and given a quick tour of downtown Auckland and a hill with monument overlooking the city reminiscent of Arthur’s Seat and Edinburgh.

Next day after breakfast we caught the ferry to Waihiki Island.

We were met by Andrew and Andre, skipper and assistent respectively of Flying Carpet. This is a catamaran with a free-standing biplane rig with a pair of masts ass high as a set of rugby posts – rather appropriate for NZ!

(Those interesting in the technical aspects can find more information at

www.flyingcarpet.co.nz).

Then followed a very pleasant and leisurely nine hour sail across Hauraki Gulf to Great Barrier Island during which we took full advantage to recover from jetlag by dozing on deck.
Highlight was a 10 minute spell while we were accompanied by a shoal of dolphins ducking, diving and weaving around the boat.

As the sunset we were ferried ashore in the skiff a bicycle at a time to meet our hosts Brian and Alison (Brian and Alison are a couple from NZ who Ola and I first met on Baltic Cycle 2007 Brussels to Istambul and who I met again last year on BC2008 on the Silk Road to China).

Rotorua

Autor: lefcia, data Styczeń 18th, 2009

Rotorua to kolebka kultury maoryskiej, czyli pierwszych kolonizatorow NZ. Okolo 1350 r. przyplyneli oni z pobliskich Wysp Polinezyjskich i osiedlili sie nieco w glebi kraju, w rejonie bogatym w wody geotermalne. Przez kilkaset lat byli panami tych okolic, do czasu kiedy zawital tu Bialy Czlowiek. Od dlugiego czasu Rotorua jest waznym punktem turystycznym na mapie NZ i swiata. Koncem XIX w. powstalo tu pierwsze nowozelandzkie SPA, wykorzystujace cieple siarkowodorowe wody i bloto do leczenia roznych schorzen. Da sie to wyczuc juz od pierwszych minut pobytu w miescie – wszedzie smierdzi siarkowodorem, w wielu miejscach wydobywaja sie na powierzchnie opary, swiadczace o ciaglym ewoluwoaniu tych wulkanicznych terenow.

Na pierwszy strzal idzie muzeum, zlokalizowane w dawnym Domu Kapielowym (piekna elzbietanska architektura).

Zostajemy tu dluzej, muzeum ma wiele tematycznie roznych wystaw. Jedna z najciekawszych jest poswiecona kulturze i plemionom Maorysow, a zwlaszcza tragicznej w skutkach erupcji pobliskiego wulkanu. 10 czerwca 1886 r. wulkan wybuchl, pochlaniajac przynajmniej 150 ludzkich istnien (Maorysow w tamtych czasach nikt nie liczyl) i grzebiac pod ziemia owczesny cud swiata – Biale i Rozowe Tarasy, geotermalne baseny, wypelnione ciepla woda, dla ktorych przyjezdzali tu ludzie z Europy. Erupcje wulkanu poprzedzilo pojawienie sie na jeziorze widma maoryskiej lodzi wojennej. Dla Maorysow bylo to jasne przeslanie, ze wkrotce swiat ulegnie zagladzie. Jak wiemy tak sie do konca nie stalo, niemniej jednak kawal ziemi sie zapadl, tworzac przy tym nowe jezioro, jezcze wieksze niz poprzednie.

Decydujemy sie na jeszzcze jeden zastrzyk kultury – Hells Gate (Wrota Piekiel). Nazwany tak przez Georga Bernarda Shaw’a, popularnego irlandzkiego pisarza, rezerwat z basenami wypelnionymi geotermalnym blotkiem. Wszedzie unosi sie para i wszechobecny smrod siarkowodoru. Na terenie rezerwatu zndajdue sie mnostwo roznej wielkosci i o roznej temperaturze basenow, przez Maorysow wykorzystywanych do uzdrawiajacych kapieli i … gotowania potraw. Najgoretszy basen ma 122 stopnie C na powierzchni i 145st. C okolo jednego metra pod powierzchnia. Ponadto na terenie rezerwatu znajduje sie najwiekszy w NZ wodospad cieplych wod (45st C) w ktorym wojownicy maoryscy obmywali sie z krwi wrogow, a takze wulkan blotny, wyrzucajacy z siebie bloto na wysokosc do 5 m.

Decydujemy ze na razie dosc atrakcji kulturalnych i kierujemy sie ku wybrzezu. Stuknelo nam juz 500 km.

Bay of Plenty

Autor: lefcia, data Styczeń 18th, 2009

Po pokonaniu mnostwa dlugich podjazdow, ladujemy po drugiej stronie polwyspu, gdzie zaczyna sie Bay of Plenty. Warta wspomnienia jest na pewno Cooks Beach kolo Whitianga – plaza, na ktorej wyladowal kapitan James Cook w trakcie swojej pierwszej wyprawy dookola NZ. Zatrzymujemy sie tam na chwile, zeby sobie wyobrazic jak wygladalo to miejsce w 1769 r.

Wzdluz polnocnego wybrzeza zmierzamy glownie ruchliwa droga, dlatego wykorzystujemy kazda okazje aby z niej uciec. Tak tez odnajdujemy Golden Valley (Zlota Doline) i dowiadujemy sie, ze ta okolica to miejsce w ktorym w dalszym ciagu wydobywa sie zloto! Trafiamy do miasteczka Waihi i spedzamy troche czasu w muzeum poswieconym wlasnie kopalni zlota. Imponujace. Niestety, zlota nie udaje nam sie znalezc.

Zycie towarzyskie mniej imponujace, bo w miasteczkach turystycznych ktore mijamy, zycie nocne nie istnieje. Ba! Nawet knajpki zamykaja przed 22. Utrudnia to nieco wieczorne rozrywki, ale chciec to moc. ZNieczulamy sie na kempingach. Winkiem, ktore jest tu pyszne i rzadko piwem (brr…). 42 Below jeszcze nie probowalismy :)

Coromandel

Autor: lefcia, data Styczeń 18th, 2009

Wszystko co dobre, kiedys sie konczy, wiec i to lepsze musialo wreszcie przyjsc :)

Dobre duchy czuwaja nad nami i zamiast wracac do Auckland promami, udaje nam sie zalatwic wodny transport z Great Barrier na Polwysep Coromandel. Regularne rejsy tam nie kursuja, choc to przyslowiowy rzut beretem. Alan, nasz przewoznik, zjawia sie z samego rana w Port Fitzroy, skad swoja lupinka ma nas zabrac do Port Jackson na Polwyspie C.

Lodeczka jest malutka, ledwie mieszcza sie na niej trzy osoby, dwa rowery i sakwy. Przeprawa trwa ok. 1,5 godziny, wiec nude zabijamy rozmowa. Okazuje sie, ze nasz dobrodziej byl kiedys postrzygaczem owiec w Australii. Jego rekord to 560 sztuk dziennie, jedna sztuka ponizej minuty! Trudno to sobie wyobrazic :)

W koncu dobijamy do brzegu, gdzie Alan niemal bezbolesnie wyrzuca nas na brzeg jak rozbitkow.


Dla rowerow juz nie tak bezbolesnie, bo morska woda nieco je nadgryza i wiele czesci pokrywa sie rdza. Wlaczajac lancuch.

Ladujemy wreszcie bagaze na rowery i ruszamy! Pierwsze kilometry ida ciezko – mamy zdecydowanie za duzo rzeczy (chociaz i tak czesc zostawilismy na Great Barrier), do tego te same szutrowe drogi i gory. Za to widoki!!! Zatrzymujemy sie praktycznie co kawalek, bo kazdy widok wydaje sie nam godny zdjecia. Szybko nam przechodzi – za duzo tego.

Great Barrier Island

Autor: lefcia, data Styczeń 18th, 2009

Kilkudniowy pobyt na wyspie to przede wszystkim lenistwo! I towarzyskie nadrabianie zaleglosci w niewidzeniu sie (pozdrowienia od B&A dla wszystkich Crotosow!). Oraz nieco wycieczek rowerowych po gazete dla Briana do malej wioski w Port Fitrzroy. Tu tez nastapilo zderzenie z rzeczywistoscia. Na wyspie nie ma plaskich drog – tu mozna jechac albo w gore (stromo i po szutrowo-zuzlowej nawierzchni) albo w dol, ledwo panujac nad rowerem. Za to widoki nieziemskie – wynagradzaja wszystko!

Auckland

Autor: lefcia, data Styczeń 18th, 2009

Pierwszy dzien w Nowej Zelandii spedzilismy z Lynette i Kenem (rodzina Briana i Alison), bardzo mila para, ktora odebrala nas z lotniska i zawiozla do siebie do domu, wczesniej pokazujac ile sie da w najwiekszym miescie w NZ. Wykonczeni straszliwie, po dlugim locie w towarzystwie koreanskiej podstawowki, padlismy jak muchy. Rano Ken przetransportowal nas na prom (co wcale nie bylo takim latwym logistycznie zadaniem), ktory zawiozl nas wyspe Waihiki. Tam czekal juz katamaran “Latajacy Dywan”! Cudo samo w sobie, niepowtarzalne chocby ze wzgledu na jego dwumasztowa budowe (zainteresowanym polecam wklepac w Google “Flying Carpet”).

Kapitan lajby – Andrew – cwierc Brytyjczyk, cwierc Kiwi (czyli mieszkaniec NZ), pol Japonczyk, zafundowal nam osmiogodzinna przeprawe na wyspe Great Barrier. Cudowny czas, dzielony miedzy pogawedkami z zaloga, pysznym jedzeniem, spaniem na pokladzie i pod pokladem oraz ogladaniem delfinow, bawiacych sie w najlepsze z katamaranem.

Wieczorem dobilismy wreszcie do zatoki, skad mala lodka przeprawilismy sie na lad. Stamtad juz tylko minuty dzielily nas od wpadniecia w goscinne ramiona Briana i Alison.