AMBERLEY – CHRISTCHURCH (31/01/09)

Autor: Bobuszka, data Luty 17th, 2009

After a quiet night in Cheviot it was on through Greta Valley, more hills and spectacular scenery plus a visit to Glenmark station at the southern terminus of the Weka Pass Railway. Friday night in Amberley with a few beers (see photograph of Ola with half-a-dozen empty stubbies). Then to local pub which confounded everything I said above. It was so rowdy WE had to retire by 9 pm. Next day we entered Christchurch for more big city night life. Traffic on the main highway was again terrible but we fortunately managed to find some quiet back roads. Part of the way we were accompanied by a Polish cyclist from America so Ola could again practice her native tongue.

First day of Feb was a nice hot and sunny rest day sightseeing in Christchurch. A good time here was slightly marred when someone stole our food from the fridge in the campsite. I can only hope the milk turned sour and the pate went bad.

WARD – CHEVIOT (28-29/01/09)

Autor: Bobuszka, data Luty 17th, 2009

A couple of days down the road we woke at Ward to gale force winds and squally showers. We waited on the storm blowing itself out but in the end as it was impossible to cycle we settled for an enforced rest day. We then took the opportunity to get this blog up to date as far as Wellie.
They have strange drinking habits in Ward; the only pub in the place which had been closed on our first night there was simply buzzing with customers the next night.

Before coming to NZ I was under the impression that Kiwis were a gregarious beer swilling party loving nation. Another night in another one pub town called Cheviot confirmed my observation that, apart from Wellington and Christchurch, New Zealand pubs close at 9pm and people are tucked up in bed by 9.30.

The next day was a brilliant day’s cycling on a fairly flat road along the coast and much time spent observing the seal colonies at Ohau Point . Somewhere during this day we crossed latitude 42 degrees South and celebrated with Polish picnic speciality – salami and jam sandwiches – see photo.

PICTON – WARD (25-27/01/09)

Autor: Bobuszka, data Luty 17th, 2009

Arrived Picton in glorious warm evening sunshine after crossing Cook Strait from North Island to South Island and sailing up Queen Charlotte Sound. Upon disembarking the ferry Ola was very pleased to meet a Polish lady who recognised her flag and to speak Polish for a few minutes.

First day cycling down the east coast of South Island we visited Brayshaw preserved village which was like a town from a western movie  – see photo of advert for Humber Cycles costing only 7 pounds, 12 shillings & threepence (7.62 GBP).

Vegetation still very lush and green with vineyards although terrain rather more barren but still spectacular and as lumpy as ever. Unfortunately traffic still terrible – maybe less trucks than North Island but still plenty of cars going very fast and passing us rather close.

PICTON – KAIKOURA (25-28/01/09)

Autor: lefcia, data Luty 9th, 2009

Jeszcze na promie Wellington-Picton spotykamy kolejną bajkerkę z Wielkiej Brytanii. Trochę czasu spędzamy razem, wymieniając się doświadczeniami i radami. Niestety, wspólna jazda nie wchodzi w grę, bo chociaż planowana trasa jest podobna, dziewczyna ma nieco inne tempo podróży. Co prawda sama przyznała, że góry na Wyspie Północnej ją zaskoczyły, ale i tak jej dystans 100 mil dziennie (160 km) jest poza naszymi możliwościami.

Picton jest piękne! Jedno z niewielu tutejszych miasteczek, które robi na mnie wrażenie. Jest zadbane, uroczo położone w zatoce Queen Charlotte Sound, tętniące życiem nawet po 17 i bezpretensjonalne.

Pierwszy dzień na Wyspie Południowej potwierdza nasze oczekiwania – krajobrazy jeszcze bardziej spektakularne! Okoliczne górki robią wrażenie “jałowych” ze względu na kolor trawy, wywołany długotrwałą suszą. Pomimo otaczających wzniesień, trasa nie jest wymagająca. Głównie płasko, a podjazdy jeśli są, nie wykańczają tak bardzo jak wcześniej. A może jesteśmy już zaprawieni w ich pokonywaniu? Wątpliwe ;)

 

 

 

 

 

W Blenheim odwiedzamy też miejscowy skansen Brayshaw, z zachowanymi budynkami pierwszych osadników. Po drodze możemy też napatrzyć się na winnice i pokosztować tutejszych specjałów, jesteśmy bowiem w słynnym z produkcji wina rejonie Malborough.

Na nocleg zatrzymujemy się w Ward, położonym ok. 85 km od Picton. Przemiła właścicielka motelu w którym się zatrzymaliśmy (z polem namiotowym), częstuje nas piwkiem, bo tradycyjnie zapomnieliśmy zrobić zakupy, a jedyny pub w okolicy jest zamknięty!
Zmienia się też pogoda – z upalnej robi się chłodno i bardzo wietrznie. Do tego stopnia, że kolejny dzień z musu spędzamy w Ward – nie tylko nie da się jechać na rowerze – z ledwością docieramy pieszo do sklepu zrobić zakupy, za to powrót (z wiatrem!) jest błyskawiczny!
Na szczęście prognozy pogody się sprawdzają i następnego dnia wyruszamy w dalszą drogę.

Tym razem jedziemy praktycznie cały czas wzdłuż wschodniego wybrzeża Pacyfiku. Pogoda, na początku raczej nieciekawa, zmienia się w całkiem gorący dzień. W małej miejscowości Kekerengu w końcu przekraczamy też 42 równoleżnik, świętując to miejscowym piwem w najbliższej knajpce The Store.

Przed kurortem Kaikoura zatrzymuję się na chwilę, bo zauważam na kamienistej plaży duży czarny worek. Zanim zdążę w myślach przekląć idiotę, ktory wywozi śmieci na plażę, worek się rusza!! Okazuje się, że trafiliśmy na kolonię fok! Spędzamy tu długi czas, robiąc zdjęcia jak szaleni, bo foki nic sobie z nas nie robią, pozwalając podejść całkiem, całkiem blisko. Następne kilometry idą wolniej, bo im bliżej Kaikoura, tym więcej fok, więcej zdjęć…

 

Samo miasteczko jest (zgodnie z rekomendacją Briana) nieciekawe, nastawione tylko na turystów, którzy przyjeżdżają tu obserwować foki, delfiny i wieloryby, pojawiające się wokół półwyspu.

WELLINGTON (23-25/01/09)

Autor: Bobuszka, data Luty 4th, 2009

Friday and Saturday night in Wellington is just like St Mary Street in Cardiff – very very noisy with lots of drunken yobs and laddettes in skimpy dresses shouting and shrieking around the place. Fortunately we found a quiet pub – the Welsh Dragon Bar – complete with Brains beer!

Plenty to see in the capital particularly the rather splendid Te Papa museum with a whole section devoted to Scots in NZ. Also lots of Maori stuff. Other sites included the Cuban part of town and the cable car to the Botanic Gardens with great views of the city and cricket ground.
Plus the waterfront with lots of trendy bars and restaurants and sculptures.

Even our backpacker hostel attempted to look trendy

A visit to Wellie would not be complete without a visit to the railway station and platform 9 & 3/4.

Memories of Wellington were slightly soured after an altercation with a jobsworth at the New Zealand Parliament building when for our security reasons we attempted to park our bikes near the entrance.
That’s it for the North Island for the moment. Next blog will be after ferry crossing across Cook Strait to Picton on South Island.

GISBORNE – NAPIER – WELLINGTON (19-25/01/09)

Autor: lefcia, data Luty 1st, 2009

Pogoda na wybrzeżu zmienia się bardzo szybko – zaczynamy jazdę w słońcu, ale wkrótce dogania nas deszcz

Znowu wspinamy się pod górę,na szczęście nie jest bardzo stromo. Na szczycie znowu łapie nas deszcz, który przeczekujemy pod drzewem.

Na pocieszenie czeka na nas ostry zjazd

… i podjazd. Na nocleg załapujemy się na kolejne ciche pole namiotowe w “miejscowości” Morere. Typowa nowozelandzka wioska – dwa domki na krzyż. Na szczeście mamy własne winko w zapasie :)
Z uwagi na brak oficjalnego noclegu na dalszej trasie do Napier, decydujemy się następnego dnia na spanie w krzakach. Jak większość z naszych planów nie wypala :) Po ok. 70 km jazdy na widok dumnie powiewającej szkockiej flagi zatrzymuje nas miły człowiek, pytając gdzie zmierzamy i czy mamy już jakieś noclegowe plany. Dodaje również, że ok. 1,5h jazdy rowerem stąd, i dwie góry (w tym jedna duża i jedna w miarę) jego teść prowadzi coś w rodzaju schroniska (Backpackers). Rowerzyści witani tam są piwkiem gratis. Przeliczamy sobie czas na kilometry i wychodzi, że jest to jakieś 20 km dalej. Decydujemy, że tam dojedziemy. Niestety, okazuje się, że góry się rozmnożyły i jest ich przynajmniej 4, każda następna gorsza od poprzedniej, za to ze spektakularnymi widokami.


Mijamy rownież najwyższy most kolejowy (95 m wysokości) w Australazji

Dwadzieścia kilometrów zabiera nam 2,5 godziny. Ok. 20:00 zaczynamy już kląć pod nosem i rozglądać się za jakimś miejscem na dziko. Z językami na brodzie docieramy wreszcie na przełęcz z wielką tablicą “Bothy Backpackers – 1,5 km”

Skręcamy w boczną drogę i od razu zatrzymuje nas samochód. Wysiada z niego gość, rozkłada ramiona i mówi “Właśnie po was jechałem, zaczynaliśmy się już martwić!”. Jesteśmy na miejscu, w gościnie u Hamisha McLean, potomka szkockich emigrantów. Nie mamy już w sobie żadnego wstydu – ładujemy rowery i bagaże na półciężarówkę Hamisha i dajemy się zawieźć 2 kilometry dalej

Lądujemy w domku, z piwem w ręku, wkrótce dostajemy też kolację (mniam, mniam, gotowane ziemniaczki). Wykończeni, zasypiamy kamiennym snem. Jesteśmy tak zmęczeni, że nawet sen nie pomaga. Ledwie mobilizujemy się rano żeby wstać i wsiąść na rowery. Tu czeka nas kolejna przyjemna niespodzianka – znajomy Hamisha deklaruje się, że zabierze nasze bagaże samochodem i odda nam je w Napier, gdzie zamierzamy przenocować. Nie zastanawiamy się długo nad chojną propozycją, tym bardziej, że czekają nas dużo gorsze góry niż wczoraj. Szybko przepakowujemy bety (Bob zabiera jedną sakwę, ja pakuję niezbędne rzeczy do ruskiej torby) i ruszamy. Życie jest piękne! Nieobładowany rower wreszcie zachowuje się w sposób łatwy do przewidzenia, a jazda pod górę staje się przyjemnością

Po drodze natrafiamy na płot obwieszony starymi butami.

Jestem pewna, że gdzieś o tym czytałam, ale nie pamiętam o co chodziło. Wg lokalsa, turyści zostawiają tu zużyte buty. Mam nawet ochotę zostawić tu swoje wysłużone butki, ale akurat dziś jadą one innym transportem :)
Po drodze czeka nas długa wspinaczka

niestety w towarzystwie ciężarówek z drewnem (prawdziwe potwory!)

Bez bagaży góra nam nie straszna, tym bardziej że co chwilę musimy się zatrzymać na sesję zdjęciową

Docieramy w końcu do Napier, gdzie odbieramy na kempingu nasze bagaże.
Napier to jedno z większych (:)) miast na południowo-wschodnim wybrzeżu Wyspy Północnej. W 1931 r. miasto nawiedziło potężne trzęsienie ziemi (7.8 w skali Richtera), w wyniku którego Napier i sąsiednie Hastings zostały zniszczone. Mieszkańcy obrócili to na swoją korzyść, odbudowując Napier w modnym wówczas stylu Art Deco i dziś miasto mianuje siebie jako “światową stolicę Art Deco”. Robimy tu sobie kolejny dzień odpoczynku i serwujemy dawkę kultury. Odwiedzamy muzeum (typowy NZ misz-masz, wszystkiego po trochu, wliczając dość ciekawą ekspozycję na temat trzęsienia ziemi)

oraz oglądamy te zachwalane kamienice w stylu Art Deco.
Miasto ma też piękną promenadę wzdłuż wybrzeża


W Napier korzystamy też z darmowego Wi-Fi w knajpce, dzięki czemu następuje nieoczekiwane spotkanie z Hamishem.
Bob nadrabia też swoje lekcje polskiego

Droga z Napier do Wellington mija nam bardzo szybko :)




Na miejscu okazuje się też, że miejscowy dworzec kolejowy ma również peron nr 9 i 3/4, ale niestety rok szkolny jeszcze się nie zaczął, więc nie zobaczyliśmy małych czarodziei wsiadających do tutejszego odpowiednika Hogwart Express.

Wellington jak wiele innych portowych miast, przerobiło stare doki na promenady dla mieszkańców i turystów. Zamiast przedzierać się przez ulice do upatrzonego z góry hostelu

możemy wolniutko pedałować sobie nabrzeżem.

Napotykam tu też pierwsze polskie ślady – tablicę upamiętniającą przybycie do NZ polskich dzieci – uchodźców z czasów II wojny światowej, które tu zakończyły swoją kilkuletnią włóczęgę po świecie

Niedzielę (25/01) spędzamy turystycznie – w pierwszej kolejności odwiedzamy Te Papa (Muzeum Narodowe). Olbrzymi gmach, z jeszcze większą ilością wystaw robi wrażenie. Wszystko jest zaaranżowane w profesjonalny i przyjazny dla odwiedzających (zwłaszcza dzieci) sposób. Bob ma okazję dowiedzieć się nieco więcej na temat Szkotów, którzy byli jednymi z pierwszych kolonizatorów NZ. W dodatku to wszystko jest udostępniane zwiedzającym za darmo! Spędzamy tu tylko pół dnia (!), resztę zostawiając sobie na ponowny pobyt w Wietrznym Wellington w drodze powrotnej. Drugą część dnia decydujemy się poświęcić Ogrodowi Botanicznemu oraz słynnej kolejce podmiejskiej

na wzgórze, z którego rozpościera się wspaniały widok na miasto.

W ogrodzie oglądamy też nietypowy zegar słoneczny, który wymaga udziału człowieka w odczytaniu godziny

Wieczór kończymy w barze na nabrzeżu o znamiennej nazwie Latitude 41

jesteśmy już blisko 42 równoleżnika ;)

Wellington to jedyne do tej pory miasto w NZ, które po godzinie 17 tętni życiem. Tak naprawdę, to chyba nie zasypia, bo jeszcze o 2 w nocy ludzie bawią się na ulicach, a z knajpek grzmi muzyka różnej maści.
W poniedziałek opuszczamy miasto i wyspę Południową, oglądając jeszcze po drodze (z zewnątrz) Parlament


Dość łatwo odnajdujemy drogę na prom i kolejne 3.5 godziny spędzamy przekraczając Cieśninę Cooka.





Mamy szczęście – morze jest dziś bardzo spokojne



i nie musimy korzystać z papierowych torebek. O piątej po południu docieramy wreszcie do Picton, portowego miasteczka na Wyspie Poludniowej








Wkraczamy w kolejny etap podróży.

GISBORNE – NAPIER (19-23/01/09)

Autor: Bobuszka, data Luty 1st, 2009

Rather nice flat boring straight road out of Gisborne along the Pacific Coast Highway.

Bit of excitement when picnic lunch interrupted by a thunderstorm. Monster hill but rewarded with great views.

Heard the one about the red sheep? No – this is not a communist joke.

Somewhere before Mohaka Viaduct

we were stopped by a guy who recognised the Scottish flag and told us about Bothy Backpackers only 20 km further on and run by a Scotsman who gives a free beer to anyone who arrives by bike.

As the bothy was expected to be occupied by a bunch of rowdy yahoos we were upgraded to inside the house. Ahhh the luxury of a real bed with a real bedclothes and a really nice soft mattresses. Thanks Hamish! And daughter Catriona for the bangers and mash dinner. My friends in South Wales may share my feelings that the gorge and railbridge are reminiscent of Symond’s Yat and the Crumlin Viaduct.) We had some good fortune upon leaving Bothy Backpackers when another visitor offered to take our panniers to Napier in his car. Thanks John.  It made the ride that day via the Devil’s Elbow that bit easier and more enjoyable.

Interesting piece of folk art on road fence.

Napier was rebuilt in Art Deco style after an earthquake in 1931. My impression is that it’s full of Irish Pubs!

OPOTIKI – GISBORNE (17-19/01/09)

Autor: Bobuszka, data Luty 1st, 2009

Rather than spend several days cycling round East Cape (easternmost point in NZ and therefore first to see the sunrise), we opted for the shorter route via the Waioeka Gorge to Gisborne (easternmost city in NZ and claimed to be the first city in the world to see the sun each day)

We had been advised that cycling through Gorge had wonderful views but was rather lumpy and hot, hot, hot.

So hot that we run out of water. Resorted to standing by the roadside with upturned waterbottle. It worked. Almost the first car to pass turned round and came back and the very kind Maori lady gave us a full 1,5 litre bottle of cool lemonade. This was enough to inspire us 725 metres up the Gorge to Traffords Hill summit.

Then to Matawai for black beers and the meal in the pub

After Matawai it was downhill  most of the way to Gisborne where Captain Cook first set foot on NZ.

As in all the NZ campsites so far, Gisborne was excellent with full laundry facilities for washing and drying clothes, great hot showers and fully equipped kitchen with microwave and toasters (very useful for toasting bread several days old). Unfortunately these good impressions were a little soured at Gisborne where it costs NZ$2 to charge a mobile. NZ$2 for the equivalent of a farthing’s worth of electricity. Pffffs!!

ROTORUA – OPOTIKI (15-17/01/09)

Autor: Bobuszka, data Luty 1st, 2009

On to Rotorua’s most active geothermal reserve at Hells Gate – so named by George Bernard Shaw when he visited the area in the early 1900s.



Lots of hot pools, for example, Devil’s Cauldron, Sulphur Bath (very smelly), the Infernal Pools, Sodom and Gomora, again – all named by GBS.





At the stage the road roughly followed the railway line – see photo of Mount Edgecumbe.

At last we found time and opportunity to give our bikes a good clean as they were starting to rust – probably as a result of exposure to salt water on the two sea crossings.

Lots more Maori culture




ROTORUA (13-14/01/09)

Autor: Bobuszka, data Luty 1st, 2009

We left the Pacific Coast Route to head inland to Rotorua and the lake. It was a bonus to get away from the main road and heavy traffic and cycle on the road with just little lumps. At Rotorua we had a ride up the local mountain Ngongotaha in gondolas.





The 14th was a rest day in Rotorua. Culture was visiting the local museum for some Maori art and history and sport was watching croquet being played on the lawn outside.















Our first spell of really bad weather – it rained for about three hours while we sheltered in supermarket, sat in a self-servised restaurant without buying anything, hung around street corners and finally ended up in a peasent’s pub with internet. We emerged to a brilliant double rainbo
w.