TE ANAU-QUEENSTOWN (23-25/02/09)

Wpisał lefcia, data Marzec 10th, 2009

W poniedzialek pogoda dalej kiepska, wiec nasi przyjaciele decyduja, ze przeczekaja brzydka pogode, ktora powinna sie poprawic od jutra (o dziwo, prognozy pogody tutaj sa wyjatkowo sprawdzalne). My czujemy juz kurczacy sie czas i decydujemy ruszac dalej. Zegnamy sie wiec i po poszukiwaniach zaginionej rekawiczki we wszystkich mozliwych miejscach w Te Anau ruszamy. Poczatek trasy nie zapowiada sie dobrze, jest zimno, pochmurnie i pod wiatr. W dodatku wiekszosc trasy zaplanowalismy boczna, szutrowa droga, polecana przez wielu napotkanych rowerzystow, na koncu ktorej czeka na nas statek parowy TSS EARNSLAW i zabierze do Queenstown. Pierwszy przystanek robimy sobie tuz przed skretem w szutrowa droge. Akurat przy drodze jest mala budka, wypelniona trutkami na szczury. Jakos nam to nie przeszkadza w konsumowaniu pieczolowicie przygotowanych kanapek.
W koncu ruszamy! Droga okazuje sie byc plaska i wyjezdzona, co w przypadku szutru-zuzla jest bardzo korzystne. Jedziemy powoli, delektujemy sie cisza i brakiem samochodow. W dodatku pogoda sie poprawia i wychodzi slonce. Zalujemy ze nie ma z nami Briana i Alison. Pod koniec dnia zaczynaja sie nawet niezle krajobrazy – gory i jeziora.

Dzis czeka nas nocleg na “dziko”, pedalujemy wiec tak dlugo, jak tylko nam sie chce. Tuz po przekroczeniu rzeki

spotykamy Grega z Holandii, ktorego bagaz budzi moj podziw (nie widzialam jeszcze rowerzysty podrozujacego z tak mala iloscia bagazu przez 3 miesiace). Do tego stopnia, ze namawiam go na rozpakowanie rzeczy i pokazanie jak on to zrobil! Rozstajemy sie po dluzszej rozmowie – Greg chce jechac dalej. My rozgladamy sie za stosownym miejscem na nocleg. W koncu je znajdujemy – nad rzeka, niezbyt oddalone od drogi.

Rozbijamy namiot i wkrotce ogarnia nas zmrok – po raz pierwszy nie skażony cywilizacją. Niebo jest rewelacyjne – jeszcze nigdy nie widzialam tylu gwiazd!!
Rano mija nas para rowerzystow z Holandii i dwoch samotnikow (spotkamy ich pozniej na statku do Queenstown) – najwyrazniej inni rowerzysci zaczynaja dzien duzo wczesniej niz my :)
W koncu ruszamy, bardzo czesto zatrzymujac sie po drodze na robienie zdjec, bo widoki znow rewelacyjne. Docieramy do Walters Peak Farm, skad odplywa statek parowy do Queenstown. TSS EARNSLAW to prawdziwa dama.

W dodatku smok – na godzine spala tone wegla. Wegiel podawany jest recznie do kotlow, ktore wytwarzaja pare napedzajaca silniki. Maksymalna predkosc damulki – 13 wezlow, czyli ok. 20,5 km/h. Niezle jak na ponad 100 letnia kobitke!
Na statku znow spotykamy rowerzystow z Holandii, ucinamy pogawedke i wymieniamy informacje. W Queenstown sie rozstajemy, oni wracaja do domu, a my zostajemy tu na noc. Miasto jest skupiskiem ludzi lubiacych  podwyzszony poziom adrenaliny – kto chce sprobowac sportow ekstremalnych, trafil we wlasciwe miejsce. Jest tu wszystko – skoki na bungie, skoki ze spadochronem, rafting, wspinaczka wysokogorska, loty widokowe. Brak sportu zwanego “zorbing” czyli turlania sie w duzej przezroczystej kuli, na co z Bobem liczylismy. Widocznie nie mozna miec wszystkiego :)
Poza tym miasteczko jest cudnie polozone – posrod gor, nad jeziorem. Szkoda, ze nie mozemy zostac dluzej.

(W dodatku w sklepie mozna nawet kupic Wyborową!

2 Jak dotąd, było komentarzy ↓

  1. mar
    11
    9:36
    AM
    Bajkonoor

    Oleńka, furda tam Wyborowa na Starej Zelandii – ja mam takiego newsa, że Ci pedałkami zakręci: szanowna Pani Tatiana od czwartku pracuje w naszym budynku (w pokoju po Pani Zielińskiej, naprzeciwko Miłosza). [tutaj przyszła CENZURA i zeżarła dalszą część komentarza].

  2. mar
    14
    6:06
    AM
    lefcia

    Zakrecilo pedalkami, nie powiem…

Przypisz swojemu komentarzowi
<a href="" title=""><abbr title=""><acronym title=""><b><blockquote cite=""><cite><code><del datetime=""><em><i><q cite=""><strike><strong>
* = wymagane pole

Skomentuj / Leave a Comment