Kwiecień, 2009

...przeglądasz posty według miesiąca

 

Przeprowadzka / The moving

poniedziałek, Kwiecień 20th, 2009

Z przyczyn od nas niezależnych musimy przenieść tego bloga pod inny adres.
Od 1 maja 2009 będzie on funkcjonował pod adresem www.lefcia.pl

Because of not depended to us reasons we have to move this blog under different address. From 1st May 2009 you will find us at www.lefcia.pl

PODSUMOWANIE

środa, Kwiecień 8th, 2009

Znów w domu…

Trzy miesiące zleciały bardzo szybko, choć początkowo wydawało się, że będą trwały wiecznie. Podróż zakończona, wypada więc napisać kilka słów podsumowania, zanim zamknę ten etap ostatecznie i zacznę planować następny :)

Przemierzyliśmy na rowerach ponad 3.600 km, 1.827 km autobusami i 300 km samochodem.

Na morzach spędziliśmy ok. 24 godzin, a następne 46 w samolotach.

Zrobiliśmy 8200 zdjęć, przetestowaliśmy przynajmniej 18 gatunków NZ piw, 7 różnych napojów alkoholowych oraz jedną wódkę (42Below).

Dotarliśmy do krańców NZ – Cape Reinga na północy, Bluff na południu. Odwiedziliśmy dodatkowo trzy wyspy: Great Barrier Island, Steward Island, Waiheke Island, wszędzie targając ze sobą rowery.

Przelecieliśmy helikopterem nad lodowcami, spróbowaliśmy nowozelandzkiego śniegu, pływaliśmy z delfinami, przemokliśmy kilka razy do suchej nitki, przysmażyło nas słońce, pogryzły dotkliwie meszki.

Zgubiliśmy: pokrywkę od kubka, rękawiczkę, kilka namiotowych śledzi, mały klucz imbusowy, dwie pary okularów przeciwsłonecznych, bandamę i inne drobiazgi, o których już nie pamiętamy.

Znaleźliśmy:

Poznaliśmy mnóstwo ludzi – zarówno Kiwusów, Maori i przyjezdnych turystów, głównie z Europy. Mamy nadzieję, że kilka kontaktów uda nam się utrzymać.

Nowa Zelandia to kraj marzeń dla turystów, jej piękno i mieszkańcy nie pozwolą o niej tak łatwo zapomnieć!!

Wszystkim, którzy wytrwali z nami do końca tej podróży dziękujemy!

NORTHLAND – WAIHIKI (16/03-2/04/09)

wtorek, Kwiecień 7th, 2009

W końcu decydujemy się opuścić gościnne progi naszych gospodarzy Maureen i Wilsona, i ruszyć w ostatni etap podróży – Northland, północny region NZ.
Stolicę opuszczamy autobusem, po wcześniejszym przedzieraniu się przez gąszcz ulic i samochodów (Auckland nie dość że jest bardzo rozlazłym powierzchniowo miejscem, to w dodatku mało przyjaznym dla rowerzystów). Przed odjazdem udaje nam się jeszcze sprawdzić wyniki Lotto i okazuje się, że mamy 4 trafienia! Wygraną (całe 52 dolary NZ!) postanawiamy przeznaczyć na “small refreshments”.
Wysiadamy w Brynderwyn, małej kropce na mapie, z przydrożnym barem. Stąd kierujemy się początkowo na zachód, później droga odbija na północ. Dalsza trasa tylko potwierdza nasze wcześniejsze doświadczenia – bardzo górzyście! Problemem nie są same podjazdy, tylko ich ilość, która po pewnym czasie staje się już męcząca. Na szczęście Northland obfituje również w ciekawe miejsca, które pozwalają nieco zerwać z codzienną rutyną. W Matakohe odwiedzamy Muzeum Kauri – poświęcone gigantycznym i wielowiekowym drzewom kauri, które rosną tylko w NZ. W czasie kolonizacji wyspy większość drzew została wycięta w pień z uwagi na jakość drewna (bardzo wytrzymałe) lub “wykrwawiona” – ze względu na cenną żywicę. Swego czasu do NZ przybywało wielu emigrantów do pracy właśnie przy wydobyciu żywicy. Pierwotnie żywicę wykopywano z ziemi w sąsiedztwie drzewa. Kiedy tego zabrakło, zaczęto drzewa kaleczyć i zbierać wypływającą w ten sposób substancję. Jak ciężka była to praca, mieliśmy możliwość przekonać się na własne oczy. Potężne drzewa wymagały wiele wysiłku zanim dały się pokonać.

Później na trasie mamy możliwość obejrzeć te drzewa w naturze. Przejazd przez Waipoua Forest (ok. 18 km) jest przyjemny i pozwala nam schować się nieco przed upałem.

Zatrzymujemy się też przy Tane Mahuta (Pan Lasu) – największym żyjącym drzewem kauri w NZ, jego szacowany wiek to ok. 2000 lat. Wymiary drzewa budzą szacunek – obwód 13,8m, wysokość całkowita – 51,5m.


Kiedy w końcu docieramy na kemping czeka nas niespodzianka: oklaski i zimne piwo! Napotkani przypadkowo dwa dni wcześniej Kiwusi, z którymi mijaliśmy się na trasie i na kempingu w Dargaville, robili zakłady, czy uda nam się dotrzeć tu za nimi. Okazują się bardzo sympatyczni, nawiązujemy z nimi długotrwały kontakt :) Nasza dalsza trasa pokrywa się z ich planami, więc proponują nam transport bagażu do następnego kempingu. Oczywiście takiej propozycji się nie odrzuca i kolejne trzy dni delektujemy się jazdą “na lekko”!
Wspólnie ruszamy też na wycieczkę do Cape Reinga – przylądka, gdzie wyspy Morza Tasmana i Oceanu Spokojnego mieszają się ze sobą w formie wirów oraz świętego miejsca dla Maorysów. Według ich wierzeń tam właśnie wędrują duchy zmarłych, skąd po pniu drzewa pohutukawa, wyrastającego ze skały, ześlizgują się w wody Pacyfiku i wędrują w ostatnią podróż do kraju przodków – Hawaiki.
Docieramy tam drogą wiodącą przez Ninety Mile Beach (90-cio milowa Plaża, która w rzeczywistości ma długość jedynie 64 mil, ale ktoś ją tak nazwał i już zostało), na końcu której mamy okazję pozjeżdżać toboganami z wysokich wydm.

W końcu docieramy do celu podróży – Cape Reinga, na końcu którego znajduje się chyba najczęściej na świecie fotografowana latarnia morska.

Mieszanie się wód Pacyfiku i Morza Tasmana

Mieszanie się wód Pacyfiku i Morza Tasmana

Wracamy w melancholijnych nastrojach – przejechaliśmy NZ od Bluff (i Steward Island) do Cape Reinga, czyli od początku do końca, pora więc wracać do domu…

Dzięki naszym Kiwi-przyjaciołom mamy możliwość opuścić utwardzone szlaki i zapuścić się w leśne ścieżki, które dotychczas z uwagi na ich nawierzchnię musieliśmy odpuszczać. Do Waitangi (kolejnego, bardzo ważnego dla NZ miejsca) decydujemy się dotrzeć pieszo-rowerowym szlakiem. Wreszcie nie musimy walczyć o swoje miejsce na drodze z samochodami i wąchać spalin! Prawdziwa przyjemność.

Waitangi – miejsce, gdzie przedstawiciele Królestwa Brytyjskiego i wodzowie licznych plemion Maorysów w dniu 6 lutego 1840 r. podpisali porozumienie, które zmieniło losy NZ. Traktat oddawał Nową Zelandię pod władanie Królowej Brytyjskiej, uznawał prawa Maorysów jako pierwszych osadników do ziemi oraz ochronę militarną. Jak historia pokazała, różnie to bywało, nie wszystkie plemiona podpisały Traktat, a konsekwencje wymiany ziemi pomiędzy Pakeha (Europejczykami) a Maorysami trwają do dziś.
Niemniej jednak datę tę uważa się za moment narodzenia Nowej Zelandii jako jednolitego państwa.

Waitangi Treaty House

Waitangi Treaty House

Nasi Kiwi-znajomi byli nieco uprzedzeni do Maorysów, postrzegając ich jako ludzi, którzy pomimo ogromnego wsparcia ze strony rządu (dotacje finansowe, mniejsze podatki, brak lub niska opłata za studia i tym podobne atrakcje) pragnącego zadośćuczynienia za popełnione w przeszłości błędy, nie wykorzystują danych im szans, a wręcz przeciwnie, uważają, że im się wszystko należy z racji urodzenia się Maori.
My spotkaliśmy się tylko z przemiłymi ludźmi, czego dowodem może być chociażby Raewyn, napotkana w barze w Kaeo Maoryska, która na pytanie, czy nie wie gdzie możemy rozbić namiot, zaoferowała nam własny ogródek, po czym po kolejnej minucie “awansowała” nas do wolnego pokoju, bo przecież “przyjemniej spać w łóżku, skoro i tak jest wolne”. W dodatku zostawiła nas w domu samych, bo rano musiała wstać do pracy o niemożliwej dla nas godzinie!

W Waipu w ramach kolejnej dawki kultury, odwiedzamy malutkie muzeum, poświęcone grupie szkockich osadników, którzy w poszukiwaniu lepszego życia emigrowali do Nowej Szkocji w Kanadzie, a gdy warunki życia okazały się tam równie ciężkie jak w ojczyźnie, zbudowali własne okręty i popłynęli w poszukiwaniu lepszego życia. Nową ojczyznę znaleźli właśnie w Waipu w Nowej Zelandii, a ich potomkowie postanowili uczcić ich pamięć, gromadząc wszelkie pamiątki.
http://www.waipumuseum.com/

W końcu, po rowerowej włóczędze wybrzeżem docieramy do Warkworth – ostatniego dla nas miejsca rowerowej podróży. Stamtąd łapiemy autobus do Auckland, gdzie spędzamy kolejne dwa dni. Zwiedzamy muzeum oraz udaje nam się zdobyć bilety na musical “My Fair Lady”, którego nie miałam wcześniej okazji zobaczyć. Sztuka oparta jest na dziele G.B. Shaw’a “Pigmalion” i opowiada o losach ubogiej sprzedawczyni kwiatów na East Endzie, którą znany pisarz postanawia (w ramach zakładu) nauczyć poprawnej angielszczyzny i zachowania godnego prawdziwej damy.
W Auckland trafiamy też przypadkowo na przygotowania do Earth Hour (akcji, w ramach której uczestnicy-miasta, firmy, mieszkańcy w czasie wyznaczonej wcześniej godziny, gaszą światła i wyłączają urządzenia pobierające prąd elektryczny).

W sobotę wsiadamy na prom na Waihiki Island, gdzie ostatnie kilka dni spędzamy relaksując się w domu naszych przyjaciół – Briana i Alison.
Mieszkają oni w cudnym miejscu, w zasadzie na plaży (Onetangi Beach). Czas upływa nam na lenistwie, pływaniu w oceanie, spacerach po plaży i pakowaniu się.

Spędzamy też uroczy wieczór na “Flying Carpet” – katamaranie, który w styczniu przewiózł nas na Great Barrier Island.

Niestety, czas płynie szybko i 2 kwietnia o 4:30 rano rozpoczynamy podróż powrotną do domu. Zanim wylądujemy w Londynie i dotrzemy do Cardiff minie kolejne 44 godziny. Zanim ja dotrę do domu – kolejne 58!

WELLINGTON-AUCKLAND (11-15/03/09)

środa, Kwiecień 1st, 2009

Stolicę opuszczamy autobusem, nie mamy już czasu na rozdrabnianie się, ani ochoty na jazdę niebezpieczną State Highway 1. Planujemy wysiąść w Stradford i objechać Mount Egmont, jeden z najbardziej rozpoznawalnych szczytów w NZ. Pogoda nieco krzyżuje nam plany, do Stradford docieramy w deszczu.  Niestety, góra schowała się dla nas za chmurami, a w nocy przysypał ją śnieg.

Zamiast dookoła, docieramy tylko do Cardiff (!) i wracamy do Stradford, skąd łapiemy kolejny autobus do Auckland przez New Plymouth..

W końcu docieramy do największego miasta w NZ.  Z przystanku autobusowego zgarnia nas Maureen, znajoma Boba jeszcze z Edynburga i zabiera do siebie. W Auckland spędzamy dwa leniwe dni, piorąc brudy, zwiedzając i planując ostatni etap podróży – Northland. Maureen i Wilson troskliwie się nami opiekują, spragnieni wieści i plotek o dawnych wspólnych znajomych.

W ramach rozrywki kulturalnej odwiedzamy Sky Tower, najbardziej rozpoznawalny symbol miasta. Nie możemy sobie oczywiście odmówić wyjazdu windą na wysokość 220 m (sama wieża ma 328 m), gdzie spędzamy trochę czasu podziwiając świat z innej perspektywy. Wieża oferuje też możliwość podniesienia sobie adrenaliny – w ofercie są skoki i spacery na wysokości. Nie skorzystaliśmy – wrodzone tchórzostwo nas powstrzymało.

Wieczorem trafiamy na spektakl teatralny poświęcony wojennym przeżyciom żołnieża z batalionu maoryskiego w czasie walki we Włoszech. Sztuka jest dość ciekawa, dialogi prowadzone są w trzech językach: maoryskim, włoskim i angielskim, ale gra aktorów jest tak sugestywna, że nie mamy żadnych problemów ze zrozumieniem przebiegu akcji.

W ciągu tych dwóch dni odwiedzamy też Devonport, urocze miasteczko, a właściwie dzielnicę Auckland, gdzie włóczymy się po nabrzeżu.