Marzec, 2009

...przeglądasz posty według miesiąca

 

HANMER SPRINGS – PICTON (7-10/03/09)

poniedziałek, Marzec 30th, 2009

Rano budzimy się bardzo wcześnie, podekscytowani czekającą nas Rainbow Road. Napotkani rowerzyści (i nie tylko) polecali nam ją z uwagi na spektakularne widoki, ale również ostrzegali przed zmieniającą się często pogodą. Włączając śnieg w środku lata! Górski zzlak ma ok. 120 kilometrów, nie ma sklepów, domów i ludzi. Czy trzeba dodawać, że komórki tam nie działają? W razie czego, człowiek jest tam zdany tylko na siebie i na ewentualnie przejeżdżających tam przypadkiem zapalonych turystów w 4×4. Dzwonimy do najbliższej siedziby Department of Conservation (organu zajmującego się ochroną przyrody, środowiska i turystuką), która znajduje się na drugim końcu Rainbow Road, w St Arnaud, aby wypytać o pogodę i ewentualne wskazówki. Uzyskujemy informację o trwającej właśnie ulewie i niepewnej pogodzie przez następne dwa dni. Zastanawiamy się co robić, ale ponieważ na naszym końcu nie wygląda to źle, decydujemy się jechać. Właściwą drogę odnajdujemy szybko i wkrótce zaczynamy stromy podjazd krętą, szutrową drogą. Każde z nas mamrocze przekleństwa w znanym sobie języku, ale brniemy do przodu. Droga robi się coraz bardziej stroma, a szuter coraz bardziej luźny i koła zaczynają się ślizgać. Pchać też  nie ma co, bo jest jeszcze trudniej.  Zatrzymujemy się i myślimy. Mija nas para rowerzystów na gorskich rowerach, więc zaczepiamy ich i pytamy o dalszą trasę. Oni wybierali się tylko na część RR, ale droga okazała się dla nich za trudna. Wiemy od nich, że czeka nas jeszcze stromszy podjazd, a potem nie wiadomo. Myślimy dalej i w końcu ruszamy. Po krótkiej chwili i kilku przekleństwach dochodzimy do wniosku, że nie ma sensu pchać się z tobołami w taką trasę. Rowery są zbyt ciężkie, a nasze dotychczasowe doświadczenia z szutrem pokazały, że nie jest to najlepsza nawierzchnia dla rowerzystów. Zawracamy. Zjazd tylko utwierdza nas w przekonaniu, że dobrze zrobiliśmy. Wymaga on jeszcze większej koncentracji niż podjazd i dobrych  hamulców, w tym nożnych! Szuter jest tak luźny, że ściąga nas na boki i praktycznie nie da się jechać. Cud że żadne z nas tam nie wyrżnęło! W końcu docieramy do Hanmer Springs i łagodzimy zszargane nerwy lodami.

Odwrót z Rainbow Road

Odwrót z Rainbow Road

Po przeżyciach z RR czeka nas przemiła trasa do Picton, biegnąca od Nelson wzdłuż wybrzeża mało uczęszczaną drogą (Queen Charlotte Drive). O dziwo, znów jest słonecznie i ciepło, więc wygrzewamy kości pocąc się na licznych podjazdach i chłodząc na serpentynowych zjazdach. W Havelock zatrzymujemy się w szkockim pubie The Clansmen (a jakże!), gdzie bardzo miły właściciel serwuje nam Haggis, czyli tradycyjne szkockie danie mięsne, coś w rodzaju naszej kaszanki. Bob mamrocze pod nosem, że taki Haggis to nie Haggis, ale mnie nawet smakuje. W końcu dziękujemy i ruszamy na zwiedzanie pozostałych pubów. Są dwa. Jeden przy drodze, a drugi nieco dalej, w porcie. Z lenistwa proponuję  ten pierwszy, ale Bob, zachęcony reklamą Slip Inn (otwarte od 8 rano do późna) ciągnie mnie do portu.

Docieramy tam tuż przed 21, tylko po to, żeby usłyszeć, że właśnie zamykają! Ruszamy do drugiego i tu też całujemy klamkę. Na szczęście The Clansmen wciąż otwarty, więc możemy się napić piwa w niedzielny wieczór!

Nazajutrz kontynuujemy jazdę Queen Charlotte Drive (znowu te same przepiękne widoki) i docieramy do Picton, skąd jutro wracamy na Wyspę Północną. W przypływie szaleństwa rezerwuję dla siebie rejs po zatokach Queen Charlotte Sound i pływanie z delfinami. Bladym świtem zjawiam się na nabrzeżu i dołączam do grupy 10 podobnych chętnych. Dostajemy od organizatorów piankowe kombinezony, płetwy, maski i rurki, krótki instruktarz co wolno robić z delfinami a czego nie, i w końcu ruszamy!
Wszyscy ogromnie podekscytowani, wypatrujemy delfinów na horyzoncie, zupelnie ignorując mijane po drodze zatoczki i plaże. W końcu są! Płyną bardzo blisko jachtu, prawie na wyciągnięcie ręki

W końcu organizatorzy wpuszczają nas do wody

i zaczyna się “polowanie”! Z boku musi to wyglądać przekomicznie – spora grupa ludzi, wydających dziwne dźwięki (podobno to zachęca delfiny do zainteresowania się, co to też w wodzie pływa), rzucająca się w wodzie  to w jedną to w drugą stronę, zachęcana krzykami organizatorów z łodzi. Kilkoro z nas ma szczęście (w tym ja!) i delfiny przypływają naprawdę blisko. Wrażenie jest niesamowite, kiedy te dość duże stworzenia prawie ocierają się o ciało. Dzięki maskom mamy możliwość obserwować je przepływające pod nami, obok i wyskakujące na powierzchnię. (Przemek – to raj dla Ciebie!)

W końcu wracamy na jacht, woda jest zimna i pomimo pianek jesteśmy zmarznięci. Zresztą delfiny trochę się już nami znudziły, ale nic dziwnego, mają taką atrakcję codziennie. 

W Picton żegnamy się z Wyspą Południową i wsiadamy na prom do Wellington. Trochę nam smutno, kolejny etap podróży zakończony.

ARTURS PASS-OXFORD-HANMER SPRINGS (3-6/03/09)

niedziela, Marzec 29th, 2009

Po wczorajszym “zdobyciu” Arturs Pass entuzjastycznie zbieramy się do kolejnego etapu podróży – według wszystkich znaków na mapie ma być w dół! I jest, tyle że znów pod wiatr. Otaczające nas góry nieco wynagradzają ciężką pracę przy pedałowaniu, podobnie jak pogoda, wreszcie słoneczna.

Po kilkunastu kilometrach wiemy już, że podjazd na przełęcz był łatwiejszy niż zjazd z niej. Jest późne popołudnie, a licznik pokazuje jedynie 40 km. Walczymy dalej, ale nie mamy wielkich nadziei na pokonanie kolejnej przełęczy (Porters Pass-945 mnpm) przed wieczorem. Coraz silniejszy wmordewind zatrzymuje nas w miejscu. Ciężko dysząc obserwujemy remontujących ten odcinek drogowców, którzy zatrzymują się przy nas, żeby pozbierać swoje zabawki. Chwilę rozmawiamy, po czym wpraszamy się na stopa :) Chłopcy ładują nasze bagaże i rowery na pakę i ruszamy! Jak się okazuje, mamy więcej szczęścia niż rozumu, tuż przed przełęczą pogoda zmienia się drastycznie – pada ulewny deszcz i temperatura spada do ok. 15 st C!

Nadciągająca burza

Nadciągająca burza

Nasz kierowca – Greg, proponuje nam podwiezienie ok. 20 km dalej niż zamierzaliśmy – do Oxford, gdzie mieszka, z czego skwapliwie korzystamy! W dodatku “załatwia” nam nocleg. Podwozi nas do domu, w którym kiedyś mieszkał, a który obecnie ma być czymś w rodzaju domu kultury, w którym możemy przenocować. Na miejscu okazuje się, że dom ktoś kupił i przemianował na farmę organiczną. Grega to nie zraża, szybko odnajduje gospodarza i wprasza nas na nocleg. Ian, właściciel,  nieco zdziwiony naszym pojawieniem się, szybko się zgadza i prowadzi nas do środka! Dom to własciwie zaniedbana chata, ale powoli Ian oraz 3 inne osoby pracują nad doprowadzeniem go do porządku. Poprzedni właściciele (gdzieś pośrodku hippi i wyznawców Buddy) doprowadzili dom do ruiny, ale też pozostawili po sobie kolorowe ściany domu i werandy dookoła, gdzie można prażyć się w słońcu.

Właściciele oferują darmowy nocleg w zamian za pracę na farmie. Ponadto planują uruchomić coś w rodzaju hostelu dla turystów. Wieczór spędzamy wygrzewając się przy kominku i rozmawiając. Pomimo noclegu pod dachem, zimna noc daje nam się we znaki i z trudem wypełzamy ze śpiworów. Kiwi nie stosują w swoich domach ogrzewania, ewentualnie kominek lub elektryczne koce, więc zima może dać się we znaki! Kiedy w końcu wychodzimy na zewnątrz okazuje się, że jest bardzo ciepło. W końcu rozstajemy się z naszymi gospodarzami i ruszamy w drogę. Dla odmiany jest płasko i znów pod wiatr! W końcu docieramy do Hanmer Springs, skąd chcemy ruszyć szutrową drogą przez góry. Rainbow Road polecało nam wielu rowerzystów, więc postanawiamy spróbować.

HAAST-FRANZ JOSEF GLACIER-GREYMOUTH-ARTURS PASS (28/02-2/03/09)

piątek, Marzec 20th, 2009

Haast okazuje się byc rajem… dla tzw. sand flies, czegoś w rodzaju meszek. Do tej pory wiele razy byliśmy pogryzieni przez te krwiożercze bestie, ale nigdy tak dotkliwie. Część z nich udało nam się zlikwidować za pomocą preparatu w spreju (spryskaliśmy namiot w środku i zamknęliśmy wejścia – było słychać jak walczą o życie :) ) ale i tak niektóre przeżyły i odgryzły się w nocy. W międzyczasie zmienia się też pogoda na bardziej deszczową, więc decydujemy się złapać autobus do Franz Josef Glacier Village. Na miejscu załapujemy się cudem na lot helikopterem dookoła lodowców Fox i Franz Josef. Niestety pogoda nie pozwala na lot dookoła Mount Cook i wygląda na to, że w najbliższej przyszłości wszystkie loty są odwołane. Szybko podejmujemy decyzję i nie żałujemy. Wrażenia z lotu niezapomniane, lodowce z góry wyglądają na jeszcze bardziej majestatyczne. Po kilkunastu minutach lądujemy na lodowcu i mamy możliwość obcować ze śniegiem po raz pierwszy w tym roku!

Pogoda w dalszym ciągu parszywa, więc kontynuujemy podróż autobusem aż do Greymouth. Tam wysiadamy i już na rowerach zmierzamy w stronę Arturs Pass – chyba najbardziej słynnej przełęczy górskiej w NZ, którą mamy zamiar pokonać na rowerach. W Moana Bob decyduje się wsiąść do pociągu z naszymi bagażami, a ja kontynuuję podjazd sama, ale za to bez obciążenia, co czyni jazdę o wiele bardziej przyjemną. Pomimo wielu opinii napotkanych ludzi, Arturs Pass, 920 m npm, okazuje się dużo łatwiejsza do pokonania niż Crown Range, którą przejechaliśmy z pełnym obciążeniem. Po kilku godzinach w końcu docieram na szczyt

wcześniej pokonując 16% podjazd

Tuż za przełęczą jest mała wioska, w której zostajemy na noc. W dodatku okazuje się, że docieram tam przed Bobem, którego pociąg jest znacznie opóźniony! Wieczór świętujemy ginem z tonikiem, obserwując jak papugi Kea demontują zaparkowany obok pubu kamperwan :)

QUEENSTOWN-WANAKA-HAAST (25-27/02/09)

piątek, Marzec 20th, 2009

Queenstown opuszczamy głowną drogą (podobno mniej stromą, więc wolę sobie jej nie wyobrażać). Pogoda dzis piekna, swieci slonce i chce sie jechac. Zatrzymujemy sie nad Jeziorem Hays, podziwiajac gory odbijajace sie w wodzie

W koncu ruszamy dalej, zrobilo sie pozno, a chcemy dotrzec dzis do Wanaka. Wybieramy krótszą, w dodatku boczną drogę. Już na samym początku okazuje się, że nie będzie łatwo. Trasa biegnie Crown Range Road i wygląda na długi podjazd. Początek okazuje się łatwy, serpentyny mają niewielkie nachylenie i podjazd jest przyjemny (wg Boba niezbyt :) ). W końcu docieramy na “szczyt”, gdzie podziwiamy widoki i odpoczywamy. Po kolejnych kilku kilometrach ku naszemu zdziwieniu zdajemy sobie sprawę, że to był dopiero początek!!! Czeka nas długi, stromy podjazd na szczyt czegoś, co okazuje się najwyżej położoną asfaltową drogą w Nowej Zelandii! Trasa jest tak trudna, że pewnie wiedząc o tym wcześniej, nigdy byśmy jej nie wybrali. Podjazd na wysokość 1076 m npm, długości 8 (ośmiu!) kilometrów zajął nam dwie godziny…

Na pocieszenie czeka nas 40 km zjazdu, tyle że pod wiatr!

Po drodze zatrzymujemy się w Hotelu Cardrona, który w przeszłości służył za przystanek dla podróżnych podróżujących pomiędzy Queenstown i Wanaka. Późym wieczorem lądujemy wreszcie w Wanaka, w sam raz aby zdążyć na ostatnie piwo przed zamknięciem pubu.

Rano zagadujemy się z sąsiadami na kempingu, którzy szczęśliwie dla nas okazują się być rowerzystami. Uzyskujemy od nich wiele cennych informacji (dużo podjazdów na dziś!), w dodatku polecają nam alternatywną trasę z Hanmer Springs, omijając Lewis Pass w drodze na północ. Polecana przez nich Rainbow Road wiedzie trawersem okolicznych szczytów i ponoć oferuje niesamowite widoki. Mamy z Bobem jeszcze sporo dni do podjęcia decyzji, ale chcemy spróbować jechać tą trasą, więc wypytujemy o mnóstwo szczegółów, nie zauważając upływu czasu. Pogoda, w międzyczasie słoneczna, zmienia się w pochmurną, więc wiemy, że lekko dziś nie będzie. Dzisiejsza trasa wiedzie wzdłuż Jeziora Hawea i jest malownicza. Niestety, padający od czasu do czasu deszcz czyni jazdę mało przyjemną. Po drodze spotykamy kolejną samotnie podróżującą dziewczynę. Tym razem to bardzo młoda Niemka (18?), obładowana tak, że ledwo utrzymuje rower. Trochę z nią rozmawiamy i okazuje się, że przemierzała NZ autostopem i autobusem, ale stwierdziła, że to nudne i przesiadła się na rower. Żal nam dziewczyny, bo widać, że strasznie się męczy, tym bardziej, że pcha rower pod każdą górę (a ich tu dużo!). W końcu żegnamy się i ruszamy dalej.

Kolejny dzień znów zaczyna się deszczem, co nie zachęca nas do jazdy. Każde z nas po trochu martwi się o Niemkę, zastanawiamy się gdzie dotarła wczoraj, a tu niespodzianka! Okazuje się, że jest tuż przed nami, spała na tym samym kempingu, bo ktoś ją podwiózł z całym dobytkiem. Tym razem rozstajemy się już na dobre, nie spotykamy jej już później. Koło południa docieramy na Przełęcz Haast (545 m npm), skąd czeka nas już tylko przyjemny zjazd do Haast. To znaczy byłby przyjemny, gdyby nie silny wiatr, który powoduje, że męczymy się bardziej na zjeździe niż podjeżdżając na tę cholerną przełęcz!

TE ANAU-QUEENSTOWN (23-25/02/09)

wtorek, Marzec 10th, 2009

W poniedzialek pogoda dalej kiepska, wiec nasi przyjaciele decyduja, ze przeczekaja brzydka pogode, ktora powinna sie poprawic od jutra (o dziwo, prognozy pogody tutaj sa wyjatkowo sprawdzalne). My czujemy juz kurczacy sie czas i decydujemy ruszac dalej. Zegnamy sie wiec i po poszukiwaniach zaginionej rekawiczki we wszystkich mozliwych miejscach w Te Anau ruszamy. Poczatek trasy nie zapowiada sie dobrze, jest zimno, pochmurnie i pod wiatr. W dodatku wiekszosc trasy zaplanowalismy boczna, szutrowa droga, polecana przez wielu napotkanych rowerzystow, na koncu ktorej czeka na nas statek parowy TSS EARNSLAW i zabierze do Queenstown. Pierwszy przystanek robimy sobie tuz przed skretem w szutrowa droge. Akurat przy drodze jest mala budka, wypelniona trutkami na szczury. Jakos nam to nie przeszkadza w konsumowaniu pieczolowicie przygotowanych kanapek.
W koncu ruszamy! Droga okazuje sie byc plaska i wyjezdzona, co w przypadku szutru-zuzla jest bardzo korzystne. Jedziemy powoli, delektujemy sie cisza i brakiem samochodow. W dodatku pogoda sie poprawia i wychodzi slonce. Zalujemy ze nie ma z nami Briana i Alison. Pod koniec dnia zaczynaja sie nawet niezle krajobrazy – gory i jeziora.

Dzis czeka nas nocleg na “dziko”, pedalujemy wiec tak dlugo, jak tylko nam sie chce. Tuz po przekroczeniu rzeki

spotykamy Grega z Holandii, ktorego bagaz budzi moj podziw (nie widzialam jeszcze rowerzysty podrozujacego z tak mala iloscia bagazu przez 3 miesiace). Do tego stopnia, ze namawiam go na rozpakowanie rzeczy i pokazanie jak on to zrobil! Rozstajemy sie po dluzszej rozmowie – Greg chce jechac dalej. My rozgladamy sie za stosownym miejscem na nocleg. W koncu je znajdujemy – nad rzeka, niezbyt oddalone od drogi.

Rozbijamy namiot i wkrotce ogarnia nas zmrok – po raz pierwszy nie skażony cywilizacją. Niebo jest rewelacyjne – jeszcze nigdy nie widzialam tylu gwiazd!!
Rano mija nas para rowerzystow z Holandii i dwoch samotnikow (spotkamy ich pozniej na statku do Queenstown) – najwyrazniej inni rowerzysci zaczynaja dzien duzo wczesniej niz my :)
W koncu ruszamy, bardzo czesto zatrzymujac sie po drodze na robienie zdjec, bo widoki znow rewelacyjne. Docieramy do Walters Peak Farm, skad odplywa statek parowy do Queenstown. TSS EARNSLAW to prawdziwa dama.

W dodatku smok – na godzine spala tone wegla. Wegiel podawany jest recznie do kotlow, ktore wytwarzaja pare napedzajaca silniki. Maksymalna predkosc damulki – 13 wezlow, czyli ok. 20,5 km/h. Niezle jak na ponad 100 letnia kobitke!
Na statku znow spotykamy rowerzystow z Holandii, ucinamy pogawedke i wymieniamy informacje. W Queenstown sie rozstajemy, oni wracaja do domu, a my zostajemy tu na noc. Miasto jest skupiskiem ludzi lubiacych  podwyzszony poziom adrenaliny – kto chce sprobowac sportow ekstremalnych, trafil we wlasciwe miejsce. Jest tu wszystko – skoki na bungie, skoki ze spadochronem, rafting, wspinaczka wysokogorska, loty widokowe. Brak sportu zwanego “zorbing” czyli turlania sie w duzej przezroczystej kuli, na co z Bobem liczylismy. Widocznie nie mozna miec wszystkiego :)
Poza tym miasteczko jest cudnie polozone – posrod gor, nad jeziorem. Szkoda, ze nie mozemy zostac dluzej.

(W dodatku w sklepie mozna nawet kupic Wyborową!

BLUFF-INVERCARGILL-TE ANAU (MILFORD SOUND) (18-22/02/09)

niedziela, Marzec 8th, 2009

Do Invercargill docieramy poznym popoludniem, akurat w sam raz, zeby zrobic zakupy. Kemping niestety tym razem jest dosc daleko od miasta, wiec w ramach wieczornej rozrywki wino kupujemy po drodze. W Invercargill dolaczaja do nas znajomi – Brian i Alison – z ktorymi jedziemy az do Te Anau. Pogoda nas nie rozpieszcza, pada praktycznie caly czas, ale na szczescie jedziemy z wiatrem, co znacznie skraca okres namaczania :) Podroz w wiekszej grupie jest bardzo przyjemna i pozwala nieco odpoczac od codziennej rutyny tylko w dwojke.

W Te Anau korzystamy ze znajomosci naszych znajomych i zatrzymujemy sie  w luksusowym letnim “domku”. Atrakcja okolicy jest przede wszystkim Milford i Doubtful Sound – tutejsze fiordy – ktore chcemy zobaczyc (Milford). Nie wybieramy sie tam na rowerach z kilku powodow: 100 km w jedna strone, powrot ta sama droga, co czyni trase nudna; droga jest niebezpieczna, pelno samochodow podrozujacych w obie strony, ponad kilometrowej dlugosci tunel, no i wiadomo: pogoda :) Rozwazalismy rozne mozliwosci dostania sie na miejsce, ale rozwiazanie przyszlo samo.
Dzieki innym znajomosciom naszych znajomych w kilka minut mamy zalatwiony (darmowy! – Dziekujemy) trasport busikiem i rejs statkiem po fiordach :)
Rano pedalujemy dziarsko przez strugi deszczu do centrum miasta, skad Simon, kierowca i kierownik wycieczki zabiera nas i 6 innych pasazerow do Milford Sound. Jest bardzo rodzinnie, Simon zacheca nas do zadawania pytan i zatrzymuje sie gdzie tylko zechcemy (zdjecia) plus inne, ciekawe miejsca. Do Milford docieramy akurat okolo poludnia i z autobusu przesiadamy sie na maly statek, ktory zabiera nas w rejs dookola Milford Sound. Leje caly czas, wiec mamy mozliwosc podziwiac spektakularne wodospady i … mgly.

W ciagu 1,5 h rejsu robimy mnostwo zdjec, nie przeszkadza nam w tym ulewny deszcz. Ja dodatkowo sprawdzam wodoodpornosc moich nowych ciuchow (kurtki i spodni), ktore ze wzgledu na pogode okazaly sie byc dobrem podstawowym, bez ktorego lepiej nie ruszac w droge. Nie udaje nam sie zobaczyc Mitre Peak, najslynniejszego i najwyzszego szczytu w Milford Sound  (i podobno najwyzszego na swiecie, ktory wystaje bezposrednio z wody), ale kapitan statku wynagradza nam to, podplywajac bardzo blisko kolonii fok, ukrywajacych sie wsrod skal fiordow.

W drodze powrotnej zatrzymujemy sie tuz za wspomnianym tunelem, gdzie mamy okazje zobaczyc kea – dzikie papugi gorskie, wystepujace tylko w NZ i tylko w ololicach Alp Poludniowych. Ptaszyska sa bardzo zabawne i ciekawskie. Slyna ze swojego zamilowania do wszelkiego rodzaju produktow gumowych, zwlaszcza opon i uszczelek samochodowych w autach niczego nie swiadomych turystow!

Gdzies przy koncu wycieczki udaje mi sie nawet zgubic jedna rekawiczke. Chyba z wrazenia.

STEWARD ISLAND (16-18/02/09)

niedziela, Marzec 8th, 2009

Na wyspe dostajemy sie nowoczesnym katamaranem, ktory mknie przez Ciesnine Foveaux, przyprawiajac mnie o mdlosci. 40 minut spedzam wiec grzecznie na siedzeniu, marzac o dotrwaniu do konca tej podrozy bez wizyty w ubikacji.
Ladujemy w Oban (kolejny szkocki slad w NZ), tutejszym jedynym porcie i punkcie, gdzie koncentruje sie zycie mieszkancow i turystow. Mamy z gory upatrzone miejsce na kemping, ale poniewaz pogoda znow nas nie rozpieszcza (zzimmnnnoo), decydujemy sie “zaszalec” i wybieramy nocleg w schronisku. Wieczor konczymy w pubie z tubylcami. Wtorek przeznaczamy na objazd 21 km drog na wyspie, ale pogoda znowu staje nam na przeszkodzie (tym razem zimno i deszcz) wiec decydujemy sie na spacer. Trzeba przyznac Nowozelandczykom, ze turystyka jest u nich na wysokim poziomie. Szlaki sa przyzwoicie oznaczone, przygotowane i opisane. Spacer po buszu i plazy sprawia nam duza przyjemnosc, tym bardziej, ze pogoda sie zmienia i nie pada juz caly czas a tylko od czasu do czasu :) Udaje nam sie zobaczyc kilka rodzimych gatunkow ptakow, wlaczajac rybitwy/mewy? jedzace ryby. Wieczorem znowu ladujemy w pubie, gdzie mamy juz calkiem spora liczbe znajomych.
Na szczescie ostatni dzien na wyspie jest pogodny, wrecz goracy, wiec kilka godzin przeznaczamy na przejazdzke rowerowa. Bob decyduje sie nawet zdjac kask z glowy – “na wyspie nie ma przeciez policji” – po czym kilkaset metrow dalej zostaje zatrzymany przez policjanta i grzecznie poproszony o stosowanie sie do przepisow :) Wyspa jest piekna, pomimo calkiem sporej liczby turystow udaje nam sie “odnalezc” wrazenie dzikiego, niezamieszkanego skrawka ziemi. Prawdziwi “smakosze” moga wybrac sie w 12 dniowa(!) wedrowke polnocnym skrawkiem wyspy, gdzie nie spotkaja na swojej drodze zbyt wielu ludzi.


W drodze powrotnej juz nie musze siedziec grzecznie na siedzeniu bo ciesnina jest tym razem grzeczna.

OAMARU – DUNEDIN (7-9/02/09)

piątek, Marzec 6th, 2009

Oamaru has rather nice preserved historic docks section of town. Saturday night was spend in Penguins Entertainers Club featuring three bands – all of them heavy metal!!! Fortunately we managed to escape a heavy session when John and Kelly, a couple of locals, took us on a night time walk to see some real live penguins. Thanks guys!

After Oamaru we discovered another pleasant back road away from the traffic with more fords to paddle through although my attempt to cycle across ended in failure. See Ola’s photos for short movie.

Our attempts to avoid busy roads have not always been successful. After Hampden (Scottish football fans will appreciate this place named after our national football stadium), we cycled through Trotters Gorge and Horse Range Summit at 240 metres. It may not seem very high but was one of those steep climbs where the legs did not fully appreciate the steepness until the next day!

As a consequence of the Trotters Gorge detour and the prospect of cycling over Mt Cargill we did not make Dunedin in time for motel with the Sky Rugby Channel so I could watch Scotland v Wales match at 3am. Probably just as well given the score. We did cycle Mt Cargill the following day in very wet, cold, windy, misty conditions with visibility around 100 metres. Temperature on arrival in Dunedin was 14C degrees!

PETE’S PLACE & MT COOK (3-7/02/09)

piątek, Marzec 6th, 2009

After Christchurch it was on to Timaru to meet with former BT colleague – Pete Smith – Womble (Wimbledon) supporter. Peter has a rather nice place set in very beautiful countryside about 30 km from Timaru. Our intended chill-out turned out to be one planned rest day plus one inforced rest day while we attempted to arrange to hire a car for a couple of days to see Mt Cook. Alternative was estimated 5 days cycling including 55 km up and back down a dead-end road which most touring cyclists dislike – including us!

Mt Cook – fantastic everything – the drive there and back – the scenery – the Edmund Hillary Visitor Centre – walk to view glacier – views of Mt Cook – but unfortunately the weather too bad to view Mt Cook from the air and land on the glacier.

Following our trip to Mt Cook it was another night at Pete’s place (thanks again Pedro/Piotr!) then drive to Timaru to return the car and start cycling again towards Oamaru. We were fortunate enough to get off the main highway and find a rather interesting traffic free gravel road with fords to paddle across.