Luty 9th, 2009

...przeglądasz posty według dnia

 

PICTON – KAIKOURA (25-28/01/09)

poniedziałek, Luty 9th, 2009

Jeszcze na promie Wellington-Picton spotykamy kolejną bajkerkę z Wielkiej Brytanii. Trochę czasu spędzamy razem, wymieniając się doświadczeniami i radami. Niestety, wspólna jazda nie wchodzi w grę, bo chociaż planowana trasa jest podobna, dziewczyna ma nieco inne tempo podróży. Co prawda sama przyznała, że góry na Wyspie Północnej ją zaskoczyły, ale i tak jej dystans 100 mil dziennie (160 km) jest poza naszymi możliwościami.

Picton jest piękne! Jedno z niewielu tutejszych miasteczek, które robi na mnie wrażenie. Jest zadbane, uroczo położone w zatoce Queen Charlotte Sound, tętniące życiem nawet po 17 i bezpretensjonalne.

Pierwszy dzień na Wyspie Południowej potwierdza nasze oczekiwania – krajobrazy jeszcze bardziej spektakularne! Okoliczne górki robią wrażenie “jałowych” ze względu na kolor trawy, wywołany długotrwałą suszą. Pomimo otaczających wzniesień, trasa nie jest wymagająca. Głównie płasko, a podjazdy jeśli są, nie wykańczają tak bardzo jak wcześniej. A może jesteśmy już zaprawieni w ich pokonywaniu? Wątpliwe ;)

 

 

 

 

 

W Blenheim odwiedzamy też miejscowy skansen Brayshaw, z zachowanymi budynkami pierwszych osadników. Po drodze możemy też napatrzyć się na winnice i pokosztować tutejszych specjałów, jesteśmy bowiem w słynnym z produkcji wina rejonie Malborough.

Na nocleg zatrzymujemy się w Ward, położonym ok. 85 km od Picton. Przemiła właścicielka motelu w którym się zatrzymaliśmy (z polem namiotowym), częstuje nas piwkiem, bo tradycyjnie zapomnieliśmy zrobić zakupy, a jedyny pub w okolicy jest zamknięty!
Zmienia się też pogoda – z upalnej robi się chłodno i bardzo wietrznie. Do tego stopnia, że kolejny dzień z musu spędzamy w Ward – nie tylko nie da się jechać na rowerze – z ledwością docieramy pieszo do sklepu zrobić zakupy, za to powrót (z wiatrem!) jest błyskawiczny!
Na szczęście prognozy pogody się sprawdzają i następnego dnia wyruszamy w dalszą drogę.

Tym razem jedziemy praktycznie cały czas wzdłuż wschodniego wybrzeża Pacyfiku. Pogoda, na początku raczej nieciekawa, zmienia się w całkiem gorący dzień. W małej miejscowości Kekerengu w końcu przekraczamy też 42 równoleżnik, świętując to miejscowym piwem w najbliższej knajpce The Store.

Przed kurortem Kaikoura zatrzymuję się na chwilę, bo zauważam na kamienistej plaży duży czarny worek. Zanim zdążę w myślach przekląć idiotę, ktory wywozi śmieci na plażę, worek się rusza!! Okazuje się, że trafiliśmy na kolonię fok! Spędzamy tu długi czas, robiąc zdjęcia jak szaleni, bo foki nic sobie z nas nie robią, pozwalając podejść całkiem, całkiem blisko. Następne kilometry idą wolniej, bo im bliżej Kaikoura, tym więcej fok, więcej zdjęć…

 

Samo miasteczko jest (zgodnie z rekomendacją Briana) nieciekawe, nastawione tylko na turystów, którzy przyjeżdżają tu obserwować foki, delfiny i wieloryby, pojawiające się wokół półwyspu.