Luty 1st, 2009

...przeglądasz posty według dnia

 

GISBORNE – NAPIER – WELLINGTON (19-25/01/09)

niedziela, Luty 1st, 2009

Pogoda na wybrzeżu zmienia się bardzo szybko – zaczynamy jazdę w słońcu, ale wkrótce dogania nas deszcz

Znowu wspinamy się pod górę,na szczęście nie jest bardzo stromo. Na szczycie znowu łapie nas deszcz, który przeczekujemy pod drzewem.

Na pocieszenie czeka na nas ostry zjazd

… i podjazd. Na nocleg załapujemy się na kolejne ciche pole namiotowe w “miejscowości” Morere. Typowa nowozelandzka wioska – dwa domki na krzyż. Na szczeście mamy własne winko w zapasie :)
Z uwagi na brak oficjalnego noclegu na dalszej trasie do Napier, decydujemy się następnego dnia na spanie w krzakach. Jak większość z naszych planów nie wypala :) Po ok. 70 km jazdy na widok dumnie powiewającej szkockiej flagi zatrzymuje nas miły człowiek, pytając gdzie zmierzamy i czy mamy już jakieś noclegowe plany. Dodaje również, że ok. 1,5h jazdy rowerem stąd, i dwie góry (w tym jedna duża i jedna w miarę) jego teść prowadzi coś w rodzaju schroniska (Backpackers). Rowerzyści witani tam są piwkiem gratis. Przeliczamy sobie czas na kilometry i wychodzi, że jest to jakieś 20 km dalej. Decydujemy, że tam dojedziemy. Niestety, okazuje się, że góry się rozmnożyły i jest ich przynajmniej 4, każda następna gorsza od poprzedniej, za to ze spektakularnymi widokami.


Mijamy rownież najwyższy most kolejowy (95 m wysokości) w Australazji

Dwadzieścia kilometrów zabiera nam 2,5 godziny. Ok. 20:00 zaczynamy już kląć pod nosem i rozglądać się za jakimś miejscem na dziko. Z językami na brodzie docieramy wreszcie na przełęcz z wielką tablicą “Bothy Backpackers – 1,5 km”

Skręcamy w boczną drogę i od razu zatrzymuje nas samochód. Wysiada z niego gość, rozkłada ramiona i mówi “Właśnie po was jechałem, zaczynaliśmy się już martwić!”. Jesteśmy na miejscu, w gościnie u Hamisha McLean, potomka szkockich emigrantów. Nie mamy już w sobie żadnego wstydu – ładujemy rowery i bagaże na półciężarówkę Hamisha i dajemy się zawieźć 2 kilometry dalej

Lądujemy w domku, z piwem w ręku, wkrótce dostajemy też kolację (mniam, mniam, gotowane ziemniaczki). Wykończeni, zasypiamy kamiennym snem. Jesteśmy tak zmęczeni, że nawet sen nie pomaga. Ledwie mobilizujemy się rano żeby wstać i wsiąść na rowery. Tu czeka nas kolejna przyjemna niespodzianka – znajomy Hamisha deklaruje się, że zabierze nasze bagaże samochodem i odda nam je w Napier, gdzie zamierzamy przenocować. Nie zastanawiamy się długo nad chojną propozycją, tym bardziej, że czekają nas dużo gorsze góry niż wczoraj. Szybko przepakowujemy bety (Bob zabiera jedną sakwę, ja pakuję niezbędne rzeczy do ruskiej torby) i ruszamy. Życie jest piękne! Nieobładowany rower wreszcie zachowuje się w sposób łatwy do przewidzenia, a jazda pod górę staje się przyjemnością

Po drodze natrafiamy na płot obwieszony starymi butami.

Jestem pewna, że gdzieś o tym czytałam, ale nie pamiętam o co chodziło. Wg lokalsa, turyści zostawiają tu zużyte buty. Mam nawet ochotę zostawić tu swoje wysłużone butki, ale akurat dziś jadą one innym transportem :)
Po drodze czeka nas długa wspinaczka

niestety w towarzystwie ciężarówek z drewnem (prawdziwe potwory!)

Bez bagaży góra nam nie straszna, tym bardziej że co chwilę musimy się zatrzymać na sesję zdjęciową

Docieramy w końcu do Napier, gdzie odbieramy na kempingu nasze bagaże.
Napier to jedno z większych (:)) miast na południowo-wschodnim wybrzeżu Wyspy Północnej. W 1931 r. miasto nawiedziło potężne trzęsienie ziemi (7.8 w skali Richtera), w wyniku którego Napier i sąsiednie Hastings zostały zniszczone. Mieszkańcy obrócili to na swoją korzyść, odbudowując Napier w modnym wówczas stylu Art Deco i dziś miasto mianuje siebie jako “światową stolicę Art Deco”. Robimy tu sobie kolejny dzień odpoczynku i serwujemy dawkę kultury. Odwiedzamy muzeum (typowy NZ misz-masz, wszystkiego po trochu, wliczając dość ciekawą ekspozycję na temat trzęsienia ziemi)

oraz oglądamy te zachwalane kamienice w stylu Art Deco.
Miasto ma też piękną promenadę wzdłuż wybrzeża


W Napier korzystamy też z darmowego Wi-Fi w knajpce, dzięki czemu następuje nieoczekiwane spotkanie z Hamishem.
Bob nadrabia też swoje lekcje polskiego

Droga z Napier do Wellington mija nam bardzo szybko :)




Na miejscu okazuje się też, że miejscowy dworzec kolejowy ma również peron nr 9 i 3/4, ale niestety rok szkolny jeszcze się nie zaczął, więc nie zobaczyliśmy małych czarodziei wsiadających do tutejszego odpowiednika Hogwart Express.

Wellington jak wiele innych portowych miast, przerobiło stare doki na promenady dla mieszkańców i turystów. Zamiast przedzierać się przez ulice do upatrzonego z góry hostelu

możemy wolniutko pedałować sobie nabrzeżem.

Napotykam tu też pierwsze polskie ślady – tablicę upamiętniającą przybycie do NZ polskich dzieci – uchodźców z czasów II wojny światowej, które tu zakończyły swoją kilkuletnią włóczęgę po świecie

Niedzielę (25/01) spędzamy turystycznie – w pierwszej kolejności odwiedzamy Te Papa (Muzeum Narodowe). Olbrzymi gmach, z jeszcze większą ilością wystaw robi wrażenie. Wszystko jest zaaranżowane w profesjonalny i przyjazny dla odwiedzających (zwłaszcza dzieci) sposób. Bob ma okazję dowiedzieć się nieco więcej na temat Szkotów, którzy byli jednymi z pierwszych kolonizatorów NZ. W dodatku to wszystko jest udostępniane zwiedzającym za darmo! Spędzamy tu tylko pół dnia (!), resztę zostawiając sobie na ponowny pobyt w Wietrznym Wellington w drodze powrotnej. Drugą część dnia decydujemy się poświęcić Ogrodowi Botanicznemu oraz słynnej kolejce podmiejskiej

na wzgórze, z którego rozpościera się wspaniały widok na miasto.

W ogrodzie oglądamy też nietypowy zegar słoneczny, który wymaga udziału człowieka w odczytaniu godziny

Wieczór kończymy w barze na nabrzeżu o znamiennej nazwie Latitude 41

jesteśmy już blisko 42 równoleżnika ;)

Wellington to jedyne do tej pory miasto w NZ, które po godzinie 17 tętni życiem. Tak naprawdę, to chyba nie zasypia, bo jeszcze o 2 w nocy ludzie bawią się na ulicach, a z knajpek grzmi muzyka różnej maści.
W poniedziałek opuszczamy miasto i wyspę Południową, oglądając jeszcze po drodze (z zewnątrz) Parlament


Dość łatwo odnajdujemy drogę na prom i kolejne 3.5 godziny spędzamy przekraczając Cieśninę Cooka.





Mamy szczęście – morze jest dziś bardzo spokojne



i nie musimy korzystać z papierowych torebek. O piątej po południu docieramy wreszcie do Picton, portowego miasteczka na Wyspie Poludniowej








Wkraczamy w kolejny etap podróży.

GISBORNE – NAPIER (19-23/01/09)

niedziela, Luty 1st, 2009

Rather nice flat boring straight road out of Gisborne along the Pacific Coast Highway.

Bit of excitement when picnic lunch interrupted by a thunderstorm. Monster hill but rewarded with great views.

Heard the one about the red sheep? No – this is not a communist joke.

Somewhere before Mohaka Viaduct

we were stopped by a guy who recognised the Scottish flag and told us about Bothy Backpackers only 20 km further on and run by a Scotsman who gives a free beer to anyone who arrives by bike.

As the bothy was expected to be occupied by a bunch of rowdy yahoos we were upgraded to inside the house. Ahhh the luxury of a real bed with a real bedclothes and a really nice soft mattresses. Thanks Hamish! And daughter Catriona for the bangers and mash dinner. My friends in South Wales may share my feelings that the gorge and railbridge are reminiscent of Symond’s Yat and the Crumlin Viaduct.) We had some good fortune upon leaving Bothy Backpackers when another visitor offered to take our panniers to Napier in his car. Thanks John.  It made the ride that day via the Devil’s Elbow that bit easier and more enjoyable.

Interesting piece of folk art on road fence.

Napier was rebuilt in Art Deco style after an earthquake in 1931. My impression is that it’s full of Irish Pubs!

OPOTIKI – GISBORNE (17-19/01/09)

niedziela, Luty 1st, 2009

Rather than spend several days cycling round East Cape (easternmost point in NZ and therefore first to see the sunrise), we opted for the shorter route via the Waioeka Gorge to Gisborne (easternmost city in NZ and claimed to be the first city in the world to see the sun each day)

We had been advised that cycling through Gorge had wonderful views but was rather lumpy and hot, hot, hot.

So hot that we run out of water. Resorted to standing by the roadside with upturned waterbottle. It worked. Almost the first car to pass turned round and came back and the very kind Maori lady gave us a full 1,5 litre bottle of cool lemonade. This was enough to inspire us 725 metres up the Gorge to Traffords Hill summit.

Then to Matawai for black beers and the meal in the pub

After Matawai it was downhill  most of the way to Gisborne where Captain Cook first set foot on NZ.

As in all the NZ campsites so far, Gisborne was excellent with full laundry facilities for washing and drying clothes, great hot showers and fully equipped kitchen with microwave and toasters (very useful for toasting bread several days old). Unfortunately these good impressions were a little soured at Gisborne where it costs NZ$2 to charge a mobile. NZ$2 for the equivalent of a farthing’s worth of electricity. Pffffs!!

ROTORUA – OPOTIKI (15-17/01/09)

niedziela, Luty 1st, 2009

On to Rotorua’s most active geothermal reserve at Hells Gate – so named by George Bernard Shaw when he visited the area in the early 1900s.



Lots of hot pools, for example, Devil’s Cauldron, Sulphur Bath (very smelly), the Infernal Pools, Sodom and Gomora, again – all named by GBS.





At the stage the road roughly followed the railway line – see photo of Mount Edgecumbe.

At last we found time and opportunity to give our bikes a good clean as they were starting to rust – probably as a result of exposure to salt water on the two sea crossings.

Lots more Maori culture




ROTORUA (13-14/01/09)

niedziela, Luty 1st, 2009

We left the Pacific Coast Route to head inland to Rotorua and the lake. It was a bonus to get away from the main road and heavy traffic and cycle on the road with just little lumps. At Rotorua we had a ride up the local mountain Ngongotaha in gondolas.





The 14th was a rest day in Rotorua. Culture was visiting the local museum for some Maori art and history and sport was watching croquet being played on the lawn outside.















Our first spell of really bad weather – it rained for about three hours while we sheltered in supermarket, sat in a self-servised restaurant without buying anything, hung around street corners and finally ended up in a peasent’s pub with internet. We emerged to a brilliant double rainbo
w.

COROMANDEL PENINSULA (7-12/01/09)

niedziela, Luty 1st, 2009

A week after leaving UK it was time to get on with the reason we are here – tourning NZ by bike. First stop was getting from GBI to the mainland which we achieved by crossing the Colville Channel in a small speed boat from Port Fitzroy with the bikes lashed to the back of the boat.

Another beach landing – this time at Port Jackson at the tip of the Coromandel Peninsula.

First bit of real cycling was a rather steep hill out of the place-a foretaste of what’s to come.

Out of the town Coromandel we climed 400 meters in 3 kilometers. A rather tough introduction to cycling NZ hills givin our lack of fitness, the heat and carrying too much baggage.

Next day I chaged my rear casette for one with 34 teeth – still struggling but at least I can now keep up with Ola going up the hills! Culture on this stage included a visit to Cooks Beach.

After another rather hard day of cycling it was nice to finally reach a quiet campsite at Katikati and go for a night swim in the pool heated by hot springs.

Photographs

niedziela, Luty 1st, 2009

Some temporary problems.

Bob’s photograps can be seen at http://picasaweb.google.com/BobuszkaNZ/

ROTORUA-OPOTIKI-GISBORNE (16-18/01/09)

niedziela, Luty 1st, 2009

Po opuszczeniu Hells Gate raźnym tempem ruszamy naprzód. Na szczęście dla nas droga jest dość płaska i jesteśmy w stanie dojechać prawie na wybrzeże. Na kempingu robimy przegląd techniczny rowerów, należy im się odrdzewianie i smarowanie.

Nadrabiamy też zaległości w notatkach, blogu i winie.

17 stycznia docieramy wreszcie na wybrzeże. Do Opotiki prowadzi droga wzdłuż wybrzeża, dzięki czemu możemy podziwiać widoki i zarazem zmagać się z dość silnym wmordewindem :)

Z Opotiki kierujemy się znów w głąb lądu. Przed nami około 70 kilometrów podjazdu, aż do przełęczy na wysokości 725 m npm. Pomimo naszych obaw pierwsze 40 km idzie całkiem dobrze, droga jest górzysta, ale nie stroma.

Około 20 km za Opotiki wjeżdżamy na teren rezerwatu – Waineka Gorge

Ostatnie 20 km jest już ciężkie, dość stromy podjazd i w dodatku kończy nam się woda. W tym piekielnym upale pijemy dużo więcej niż zwykle, a woda w miejscu w ktorym chcieliśmy dotankować okazała się niezdatna do picia. Na szczęście zatrzymujemy po drodze maoryską kobietę, która daje nam 1,5 l butelkę napoju Lift. Podjazd robi się coraz bardziej stromy, czasami jest tak bardzo gorąco, że jedziemy bez tych beznadziejnych hełmów na głowie – po prostu nie da się wytrzymać

W koncu, po 70 km osiągamy szczyt

Stąd już tylko kilka kilometrów do wioski pośrodku niczego – Matawai.

Za to z hotelem, barem i katolickim kościółkiem


jakby żywcem przeniesione z filmów o Dzikim Zachodzie :) Jest też przyzwoite pole kempingowe, na którym jesteśmy sami.

Poranek wita nas deszczem. Niezbyt mocnym, więc decydujemy się jechać, tym bardziej, że większa część drogi powinna być z górki! Niestety, w miarę ubywania kilometrów, przybywa deszczu i wkrótce jesteśmy mokrzy. Na szczęście wkrótce pogoda znów się zmienia i do Gisborne, miasteczka na południowo-zachodnim wybrzeżu, docieramy już względnie wysuszeni. Po drodze na kemping napotykamy kolejne miejsce poświęcone kapitanowi Cookowi – tym razem pomnik w miejscu, gdzie jego załoga po raz pierwszy stanęła na lądzie NZ i w wyniku nieporozumienia zabiła kilku Maorysów.

Gisborne to również miasto,które jako pierwsze na ziemi wita dzień

Mimo, że jest całkiem spore jak na nowozelandzkie standardy, jest tez tak samo martwe wieczorem jak i inne miasteczka. Od godziny 17 życie zamiera. Zupełnie jak w domu :)