Styczeń 18th, 2009

...przeglądasz posty według dnia

 

Rotorua

niedziela, Styczeń 18th, 2009

Rotorua to kolebka kultury maoryskiej, czyli pierwszych kolonizatorow NZ. Okolo 1350 r. przyplyneli oni z pobliskich Wysp Polinezyjskich i osiedlili sie nieco w glebi kraju, w rejonie bogatym w wody geotermalne. Przez kilkaset lat byli panami tych okolic, do czasu kiedy zawital tu Bialy Czlowiek. Od dlugiego czasu Rotorua jest waznym punktem turystycznym na mapie NZ i swiata. Koncem XIX w. powstalo tu pierwsze nowozelandzkie SPA, wykorzystujace cieple siarkowodorowe wody i bloto do leczenia roznych schorzen. Da sie to wyczuc juz od pierwszych minut pobytu w miescie – wszedzie smierdzi siarkowodorem, w wielu miejscach wydobywaja sie na powierzchnie opary, swiadczace o ciaglym ewoluwoaniu tych wulkanicznych terenow.

Na pierwszy strzal idzie muzeum, zlokalizowane w dawnym Domu Kapielowym (piekna elzbietanska architektura).

Zostajemy tu dluzej, muzeum ma wiele tematycznie roznych wystaw. Jedna z najciekawszych jest poswiecona kulturze i plemionom Maorysow, a zwlaszcza tragicznej w skutkach erupcji pobliskiego wulkanu. 10 czerwca 1886 r. wulkan wybuchl, pochlaniajac przynajmniej 150 ludzkich istnien (Maorysow w tamtych czasach nikt nie liczyl) i grzebiac pod ziemia owczesny cud swiata – Biale i Rozowe Tarasy, geotermalne baseny, wypelnione ciepla woda, dla ktorych przyjezdzali tu ludzie z Europy. Erupcje wulkanu poprzedzilo pojawienie sie na jeziorze widma maoryskiej lodzi wojennej. Dla Maorysow bylo to jasne przeslanie, ze wkrotce swiat ulegnie zagladzie. Jak wiemy tak sie do konca nie stalo, niemniej jednak kawal ziemi sie zapadl, tworzac przy tym nowe jezioro, jezcze wieksze niz poprzednie.

Decydujemy sie na jeszzcze jeden zastrzyk kultury – Hells Gate (Wrota Piekiel). Nazwany tak przez Georga Bernarda Shaw’a, popularnego irlandzkiego pisarza, rezerwat z basenami wypelnionymi geotermalnym blotkiem. Wszedzie unosi sie para i wszechobecny smrod siarkowodoru. Na terenie rezerwatu zndajdue sie mnostwo roznej wielkosci i o roznej temperaturze basenow, przez Maorysow wykorzystywanych do uzdrawiajacych kapieli i … gotowania potraw. Najgoretszy basen ma 122 stopnie C na powierzchni i 145st. C okolo jednego metra pod powierzchnia. Ponadto na terenie rezerwatu znajduje sie najwiekszy w NZ wodospad cieplych wod (45st C) w ktorym wojownicy maoryscy obmywali sie z krwi wrogow, a takze wulkan blotny, wyrzucajacy z siebie bloto na wysokosc do 5 m.

Decydujemy ze na razie dosc atrakcji kulturalnych i kierujemy sie ku wybrzezu. Stuknelo nam juz 500 km.

Bay of Plenty

niedziela, Styczeń 18th, 2009

Po pokonaniu mnostwa dlugich podjazdow, ladujemy po drugiej stronie polwyspu, gdzie zaczyna sie Bay of Plenty. Warta wspomnienia jest na pewno Cooks Beach kolo Whitianga – plaza, na ktorej wyladowal kapitan James Cook w trakcie swojej pierwszej wyprawy dookola NZ. Zatrzymujemy sie tam na chwile, zeby sobie wyobrazic jak wygladalo to miejsce w 1769 r.

Wzdluz polnocnego wybrzeza zmierzamy glownie ruchliwa droga, dlatego wykorzystujemy kazda okazje aby z niej uciec. Tak tez odnajdujemy Golden Valley (Zlota Doline) i dowiadujemy sie, ze ta okolica to miejsce w ktorym w dalszym ciagu wydobywa sie zloto! Trafiamy do miasteczka Waihi i spedzamy troche czasu w muzeum poswieconym wlasnie kopalni zlota. Imponujace. Niestety, zlota nie udaje nam sie znalezc.

Zycie towarzyskie mniej imponujace, bo w miasteczkach turystycznych ktore mijamy, zycie nocne nie istnieje. Ba! Nawet knajpki zamykaja przed 22. Utrudnia to nieco wieczorne rozrywki, ale chciec to moc. ZNieczulamy sie na kempingach. Winkiem, ktore jest tu pyszne i rzadko piwem (brr…). 42 Below jeszcze nie probowalismy :)

Coromandel

niedziela, Styczeń 18th, 2009

Wszystko co dobre, kiedys sie konczy, wiec i to lepsze musialo wreszcie przyjsc :)

Dobre duchy czuwaja nad nami i zamiast wracac do Auckland promami, udaje nam sie zalatwic wodny transport z Great Barrier na Polwysep Coromandel. Regularne rejsy tam nie kursuja, choc to przyslowiowy rzut beretem. Alan, nasz przewoznik, zjawia sie z samego rana w Port Fitzroy, skad swoja lupinka ma nas zabrac do Port Jackson na Polwyspie C.

Lodeczka jest malutka, ledwie mieszcza sie na niej trzy osoby, dwa rowery i sakwy. Przeprawa trwa ok. 1,5 godziny, wiec nude zabijamy rozmowa. Okazuje sie, ze nasz dobrodziej byl kiedys postrzygaczem owiec w Australii. Jego rekord to 560 sztuk dziennie, jedna sztuka ponizej minuty! Trudno to sobie wyobrazic :)

W koncu dobijamy do brzegu, gdzie Alan niemal bezbolesnie wyrzuca nas na brzeg jak rozbitkow.


Dla rowerow juz nie tak bezbolesnie, bo morska woda nieco je nadgryza i wiele czesci pokrywa sie rdza. Wlaczajac lancuch.

Ladujemy wreszcie bagaze na rowery i ruszamy! Pierwsze kilometry ida ciezko – mamy zdecydowanie za duzo rzeczy (chociaz i tak czesc zostawilismy na Great Barrier), do tego te same szutrowe drogi i gory. Za to widoki!!! Zatrzymujemy sie praktycznie co kawalek, bo kazdy widok wydaje sie nam godny zdjecia. Szybko nam przechodzi – za duzo tego.

Great Barrier Island

niedziela, Styczeń 18th, 2009

Kilkudniowy pobyt na wyspie to przede wszystkim lenistwo! I towarzyskie nadrabianie zaleglosci w niewidzeniu sie (pozdrowienia od B&A dla wszystkich Crotosow!). Oraz nieco wycieczek rowerowych po gazete dla Briana do malej wioski w Port Fitrzroy. Tu tez nastapilo zderzenie z rzeczywistoscia. Na wyspie nie ma plaskich drog – tu mozna jechac albo w gore (stromo i po szutrowo-zuzlowej nawierzchni) albo w dol, ledwo panujac nad rowerem. Za to widoki nieziemskie – wynagradzaja wszystko!

Auckland

niedziela, Styczeń 18th, 2009

Pierwszy dzien w Nowej Zelandii spedzilismy z Lynette i Kenem (rodzina Briana i Alison), bardzo mila para, ktora odebrala nas z lotniska i zawiozla do siebie do domu, wczesniej pokazujac ile sie da w najwiekszym miescie w NZ. Wykonczeni straszliwie, po dlugim locie w towarzystwie koreanskiej podstawowki, padlismy jak muchy. Rano Ken przetransportowal nas na prom (co wcale nie bylo takim latwym logistycznie zadaniem), ktory zawiozl nas wyspe Waihiki. Tam czekal juz katamaran “Latajacy Dywan”! Cudo samo w sobie, niepowtarzalne chocby ze wzgledu na jego dwumasztowa budowe (zainteresowanym polecam wklepac w Google “Flying Carpet”).

Kapitan lajby – Andrew – cwierc Brytyjczyk, cwierc Kiwi (czyli mieszkaniec NZ), pol Japonczyk, zafundowal nam osmiogodzinna przeprawe na wyspe Great Barrier. Cudowny czas, dzielony miedzy pogawedkami z zaloga, pysznym jedzeniem, spaniem na pokladzie i pod pokladem oraz ogladaniem delfinow, bawiacych sie w najlepsze z katamaranem.

Wieczorem dobilismy wreszcie do zatoki, skad mala lodka przeprawilismy sie na lad. Stamtad juz tylko minuty dzielily nas od wpadniecia w goscinne ramiona Briana i Alison.

Od poczatku…

niedziela, Styczeń 18th, 2009

Wyprawy rowerowe maja to do siebie, ze nie ma na nich czasu na przyziemne sprawy, takie jak chocby pisanie bloga :) Czlowiek zajety jest caly czas przyjemnosciami, ogladaniem widokow, plywaniem w oceanie, robieniem zdjec czy chocby leniuchowaniem. A jeszcze w dodatku w NZ tak latwo o ten internet nie jest… Na przyklad teraz zamiast przekopiowac gotowy tekst musze go przepisac, bo USB maja poblokowane. Tak wiec dzis znowu ze zdjec nici. Ech…

Z drugiej strony, wspinajac sie mozolnie rowerem pod gore, mozna sobie wiele przemyslec. Na przyklad wpisy w blogu, zapominajac o nich natychmiast podczas karkolomnych zjazdow.

Poprzedni wpis byl nieco chaotyczny, wiec wymyslilam sobie, ze sie nieco rozpisze. A wiec od poczatku…